wybór

Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś, robisz i będziesz robił.
Za to kim dla mnie jesteś i co dla mnie znaczysz.

Moja własna modlitwa, która jak mantra przesypywała się kiedyś ziarnko po ziarnku w klepsydrze dni.
Przypomniałam ją sobie ostatnio.
To od nas zależy – pomyślałam – czym wypełnimy nasze serce. Wdzięcznością czy pretensją i zgorzknieniem. To moja decyzja czy chcę widzieć dobro, które się dzieje wbrew złu, które też dzieje się niewątpliwie. Czy wolę mój wzrok wyostrzyć na złu i osnuwać je myślami dokoła aż zduszę w sobie wrażliwość na dobro, które niewątpliwie dotyka mnie co dzień.
Można tak lub tak.

Kładę przed tobą dobro i zło – powiedział – wybieraj.

Nie zawsze jest jasno. Czasem trzeba po prostu wierzyć, że za chmurami słońce tkwi niewzruszenie.

 Są we mnie pokłady smutku, gniewu, złości. Jak w każdym. Czasem. Sztolnie głębokie wypełnione ciemnością, podziemne chodniki na wskroś zbroczone mrokiem. Czasem tam schodzę, wiedziona dziwną ciekawością. Stopień po stopniu. Coraz głębiej.
Ale nigdy, przenigdy o tym nie piszę. Nie osnuwam słów na kanwie z cienia.
Jeśli piszesz, nie wyprowadzaj słów ze swojej ciemności” – napisał ktoś kiedyś.
Powstrzymaj słowa, które płyną rwącym Czarnym Potokiem, nie szukaj ukojenia opatulając się pledem gorzkich myśli. Nie znajdziesz go. Osuniesz się jeszcze niżej jak po stromej grani. Może zbyt nisko, by powrócić kiedykolwiek.

Dziękuj raczej za każdy splot złotego światła, za najcieńszą jasną nić wplecioną w szaro-bury poranek.
Ciesz się nim. Rozdzielaj na czworo. Długo pamiętaj.

Że kwiat ostu ładny…że ząb dziecku wychodzi, że…ktoś się uśmiechnął, że…gdy deszcz bębni w szyby, siedzisz w ciepłym domu i pijesz herbatę, że wyzdrowiałeś, choć niekoniecznie tak się to musiało skończyć, że…

Tyle jest powodów, by czuć wdzięczność.


sobota


Tygodnie skaczą szybko jak świerszcze w trawie.

A soboty?
Soboty są długie, pracowite, bogate, różnobarwne.


Dobry, długi dzień za mną.
Sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie, przygotowania. W międzyczasie burze, przejaśnienia, ulewy, przechodzące fronty. Dosłownie i w przenośni.
Potem Ali przyjęcie urodzinowe na działce. Koledzy, koleżanki, balony kolorowe, piski, śmiechy, zabawy na trawie upstrzonej kroplami deszczu. Tańce, chipsy, cola, tort śmietankowo-truskawkowy. Euro rozgrywane pomiędzy dwoma bramkami z czterech pieńków. Laurcia biegająca jak wróbelek pomiędzy długimi nogami sportowców. Bawimy się razem z dzieciarnią, chowamy ściskając w kryjówkach jak sardynki w puszce, gramy w berka-doktora, pękamy ze śmiechu przy tańcu z workiem.

Gdy prowadzę auto w drodze powrotnej, słońce świeci mi w plecy. Wydłuża cień samochodu, kładzie go pod koła. Sunę z szelestem po mokrej szosie. Pomiędzy drzewami, prosto w stygnący błękit. Bełta się zmrok i dniem. Zamyślam się niebezpiecznie, nieuważnie. Dobrze, że droga pusta.

Dzieciństwo nie odeszło. Dziecko wciąż drzemie we mnie. Od czasu do czasu wybucha tubalnym śmiechem. Chrupie paluszki jak Laucia na tylnym siedzeniu auta.

zagubione bycie

Jeden z konkursów szkolnych z okazji Dnia Dziecka.
Jury zadaje po jednym pytaniu każdemu z uczestników.
– Kim chciałbym być w przyszłości? – szybuje pytanie ku dziesięciolatkowi.
Sekunda zastanowienia i:
– Chciałbym odziedziczyć firmę po rodzicach. – odpowiada.
Śmiech na sali.


Już od wczesnego dzieciństwa mylimy „być” z „mieć” i defekt ten często zostaje nam na zawsze.
Coraz bardziej mnie niepokoi to co słyszę w radiu i TV. Porady, sugestie na przyszłość, zalecenia dla młodych ludzi, których treść można by streścić tak:

 „ Nie jest istotne jakie masz talenty, co jest twoją pasją, nie ważne jest to kim chciałbyś być, pomyśl raczej jaki wybrać zawód i przyszłą ścieżkę kariery tak, by mieć.”

Nie ma zapotrzebowania na humanistów, wszyscy idźcie na politechniki! Nie potrzebujemy psychologów ani pedagogów, piękno- i lekkoduchów, raczej matematyków, fizyków jądrowych, programistów. Tylko w ten sposób wy będziecie mieć pracę, sukces, pieniądze, a my wyższe PKB.
 A Wasze pasje i zamiłowania?
Cóż, może starczy wam czasu na hobby.

 Jak mantrę wielu rodziców powtarza to swoim dzieciom. Od małego usiłują wrzucić je w rwący prąd złotodajnej rzeki. Bo nie liczy się nic więcej. Nic więcej niż mieć. Drogowskaz naczelny.
Dlatego wielu  wypala się przed czterdziestką. Mają wiele, ale nigdy nie byli, kim być powinni.

Kim chciałbyś być w przyszłości? – zapytano chłopca.
Kim chciałeś być w przeszłości? – odbija się echem w głowie.
Czasami trzeba to sobie przypomnieć.
Może kiedyś znajdziemy odwagę, by zdmuchnąć kurz ze starych map i powędrować drogą, która zawsze nas wołała.

Tą jedyną, na której naprawdę będziemy.

dar bycia dla…

Karmienie to kolejna tajemnica kobiety! To rodzaj eucharystii – karmienie drugiego sobą. Bóg karmi całym swoim Ciałem, a kobieta czymś z siebie, czymś, co powstaje w niej przez jedność z ojcem.

(o. Joachim Badeni OP, Kobieta boska tajemnica.)



A ja myślałam, że jestem jakaś dziwna, bo tak się rozsmakowałam w tych chwilach, gdy małe dziecko tuli się do mojej piersi i ufnie/ figlarnie patrzy mi w oczy. Że to jakiś nienormalny masochizm, bo wiele kobiet wokół mówi, że to jest uciążliwe i niewygodne, że dziecko wtedy częściej chce jeść niż po butelce, że budzi w nocy, że biust się zniekształca itd. itp.

Argumentów jest mnóstwo.
Wiele słusznych nawet. Logicznych. Rozumiem. Czasem obudzona po raz n-ty w nocy rozumiem az nazbyt dobrze.

Ale wciąż karmię, upieram się przy tym niezrozumiałym uporem, przeciągam jak uda się najdłużej, bo gdzieś podświadomie tego pragnę i  mimo wszelkich niedogodności widzę, jakie to ważne.
Więc Laurcia ciągle jest ssakiem, a ja matką karmiącą, która słup spojrzenia swego zamyka na małym przewieszonym przez ramię ciałku. Po kilkanaście razy dziennie. Nie licząc nocy.

Karmienie drugiego sobą, rozdawanie siebie za darmo.
Mimo wszystko.
Na przekór wszystkiemu.
Kosztem siebie.
Wbrew logice. Zdrowemu rozsądkowi.
 Bez zapłaty. Nie dla „dziękuję”.

Tylko dlatego, że chcesz być z kimś, dla kogoś, blisko.
Są chwile, gdy prawie Go rozumiem.