* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Zawsze je przyniosę ze świeżym praniem do domu. Mrówki, pajączki kwiatowe i żuki wszelkiego kalibru wysypują się wraz ze skarpetkami, bluzkami i poszewkami, a potem rozbiegają po naszej sypialni w jednym mgnieniu oka.
Więc nikt się już nie dziwi temu całemu towarzystwu pomieszkującemu kątem w naszym domu.
Zresztą nastał już sezon, gdy drzwi na oścież otwarte, więc korzysta kto żyw i kto na tyle mały i sprytny, by wejść niepostrzeżenie.
Nawet koty próbują tej sztuczki, ale szybko są wypędzane spowrotem na łono natury.
A łono to zaiste coraz uroczniejsze, kwietne, bujne, seledynowo-zielone, rześkie, kwilące.
Od rana woła, by wyjść z domu.

Dziś więc po szybkiej kawie mąż wskoczył na traktorek, a ja z kubkiem niedpitej jeszcze kawy ( piję znacznie, znacznie wolniej niż on:) przemierzałam pełną rosy trawę i zrywałam stokrotki, by ocalić je od ścięcia, nacieszyć się nimi w wazonie, a potem rozsiać, by było ich jeszcze więcej. Uporczywie bowiem, rok po roku realizuję moje marzenie, by trawnik był inkrustowany na bogato moimi ulubionymi kwiatkami. Miejscami już to moje marzenie się ziściło.
A potem, późnym popołudniem, gdy już za mną szmat pracy wykonanej leżał jak dłuuugi długi wiejski pasiak, zasiadłam na patio z farbami i namalowałam je. Tak dla pewności, żeby marzenie mieć przy sobie także w te dni bardziej słotne lub zupełnie mroźne.
Moje stokrotki. Kremowo- zwiewne, podobne do truskawkowych lodów, delikatne jak zaróżowione policzki śpiącego dziecka.

Tak, wraz z bukietami też przynosimy do domu różne owadzie drobinki. Ale to już stało się normalne i nikt nie robi afery z powodu ślimaka wędrującego po framudze drzwi czy zielonej gąsiennicy, która nagle zwiesza się z łodygi kwiatu.
Pachnie wieczór, świeżo skoszona trawa zaczyna być sianem. Jego aromat przenosi w dzieciństwo, w czas wakacji u dziadków…
Ale to już inna historia.
Dziś trzeba już zamknąć drzwi.
* * *

– Oj, nie udała Ci się ta część życia kobiety – przyganiam Mu w duchu.
Bo oto moja przyjaciółka ze Słowacji od przed- Wielkanocy ma ciągłe krwotoki i od tego anemię. Potem koleżanka w pracy zwierza mi się, że się prawie wykrwawia.
– Tak, tak – wspomina moja mama – Pamiętam. Nie miałam sił wtedy nic robić.
A na koniec ta sama dolegliwość przychodzi i na mnie.
Nie, nie to, że jestem przerażona. Już naprawdę niejedno przeszłam w życiu. Radzę sobie. Pracuję. Uśmiecham się.
Co nie zmienia faktu, że to naprawdę trudny etap w życiu.

Więc mówię Mu nieco kapryśnie:
– Nie udało Ci się to, bo niby jaki sens ma wielodniowe, wielotygodniowe, wielomiesięczne wykrwawianie się…
i nagle moja myśl urywa się w tym miejscu i staje jak wryta wobec nagłego zrozumienia.
Tak niedawno czytałam te słowa: „w moim ciele dopełniam udręk Jezusa”.
Teraz nagle pojawiły się jak odpowiedź pisana palcem na piasku. Ramię podtrzymujące słabość, załom skały wśród wiatru.
Tak, jeśli czegoś brakowało Twojej męce, jeśli za mało Krwi wylałeś… oto my, kobiety wszystkich wieków cierpliwie, po cichu i bez rozgłosu dolewamy własną krew do kielicha.
Począwszy od niej, od tej, która 12 lat cierpiała na krwotok i u Ciebie – blada i drżąca – znalazła współczucie.
Dlatego w Ewangelii o niej napisano.
O jej chorobie bardzo intymnej i uznawanej za wstydliwą.
Byśmy się wszystkie odnalazły w niej i jej rozterce. I w Twoich oczach. I w Twoim współczującym i pełnym podziwu słowie: „kobieto, twoja wiara…”.

Ile już krwi wylałyśmy.
Więcej niż wchłonęły wszystkie pola bitewne świata.
Przy porodach, w połogu, co miesiąc, przy krwotokach, gdy kończy się nasza płodność … Nie w nimbie chwały, nie za ordery zasługi, nie pod trzepoczącymi sztandarami, nie chowane z honorami.
Ta nasza krew.
Nie jest przypadkiem.
Ani pomyłką Boga. Żadnym Jego niedopatrzeniem.
Może dzięki niej…
Kobieto, twoja wiara …
Stoi Bóg zadziwiony nad kruchą, drżącą kobietą, w której tyle mocy odnalazł.
* * *

Pół niedzieli odzierałyśmy ją ze starej farby, szlifowałyśmy zadziory pilnikami do paznokci ( bo tylko takie miałyśmy), pracowałyśmy dłutkami i myłyśmy ją ciepłą wodą. Po osuszeniu nadszedł czas na mieszanie farb i pokrywanie nimi oczyszczonych powierzchni.
Tak, w niedzielę nie można pracować;)
– Ale to nie była praca – sama sobie odpowiada Lalcia – To była przyjemność.
– A może nawet modlitwa – dopowiadam.

Bo oto, gdy odwiedziliśmy naszą koleżankę z pracy w jej remontowanym po teściowej wiejskim domku, znalazłam w jej ogródku kapliczkę, a w niej… zniszczoną i brzydką Matkę Bożą. Ktoś namalował jej krzaczaste brwi, oczy z zezem rozbieżnym i usta w podkówkę.
Aż serce mi się ścisnęło.
– Dorotko, daj mi ją na parę dni. Ja Ją oczyszczę i pomaluję. – poprosiłam.
– Super – wykrzyknęła Dorotka i wyjęła figurkę zza drzwiczek. A potem ułożyłyśmy ją wygodnie w bagażniku naszego auta.
Tak właśnie trafiła do naszego domu, gdzie wszystkie cztery wzięłyśmy się do pracy.
Pół dnia to zajęło, ale ileż radości i jaka przyjemność zrobić coś tak prostego dla Maryi w Jej miesiącu.
Wczoraj znów odjechała, tym razem na kocyku w bagażniku Dorotki.
– Ach Rut, moja teściowa tam w niebie się cieszy, bo to ona kupiła tę figurkę. To była święta kobieta, na pewno jest już w niebie.

– Czy mogę ci jakoś zapłacić?
– Nie, ja już mam swoją zapłatę – odparłam, śmiejąc się.
Zupełnie jak Jezus wtedy przy studni, gdy powiedział uczniom, że On ma swoje jedzenie, o którym oni nic nie wiedzą:)
* * *
Życie jest pełne okazji do uczynienia tak prostych gestów miłości. Serce samo wyrywa się do nich przyciągane jak magnes dobrem.
Naprawdę nie trzeba umierać za wiarę, nawracać tysięcy, wygłaszać płomiennych mów ani walczyć mieczem.
W naszych zwyczajnych życiach jest tyle drobnych okazji, by wyznać wiarę, nadzieję i miłość.
Schylić głowę przed krzyżem, położyć kwiatek przed figurką, wyrwać chwasty koło kapliczki, odmówić dziesiątek na palcach podczas spaceru, przesłać całus do tabernakulum, pomyśleć: „Kocham cię” na widok kwitnącego drzewa, przetrzeć z czułością zakurzoną szybkę obrazu…

Nikt z ludzi tego nie zauważy, nie musi pochwalić ani zachwycić się. Lecz jest Ktoś, przed którego wzrokiem to nie umknie. Nawet najmniejsza dobra intencja czynu nie do końca udanego. Każdy poryw serca.
Z takich drobnych rzeczy jak z drobnych pociągnięć pędzlem maluje się swoje życie w objęciach Boga.
Słońce przysiadło mi na prawym ramieniu. Jak kot grzeje i niemal mruczy do ucha. Lewe w cieniu salonu, za woalem lekkiej różowej zasłony.
Pachnie majowe późne popołudnie, świergocze, bzyczy, szumi, kipi.
O takich chwilach marzę w gwarze, charmidrze i zabieganiu moich dni. O takim błogim nic-nie- robieniu, nic- nie- myśleniu, nic- nie- mówieniu.
Po prostu BYCIU i kontemplowaniu tego faktu wszystkimi zmysłami.

I to też jest modlitwa.
Modlitwa zanurzenia. Daleko poza słowem. Jeszcze głębiej niż myśl wszelaka.
Zatonąć w sobie, w Nim, w byciu wspólnym.
Tym oddychać.
Pokój wije gniazdo w bujnej koronie serca.
* * *

* * *

Taką pracę lubię.
Gąszcz nieprzebrany, pot, przedzieranie się, podnoszenie z ruin, mocne uderzenia, a potem… odwracasz się za siebie i widzisz ścieżkę tam, gdzie ścieżki nie było, porządek tam, gdzie dotąd królował chaos, jasne polany zamiast nieprzebytych chaszczy.
Taką pracę lubię, bo choć ciężka i nadwyrężająca, ale od razu widzisz jej sens i efekt masz jak na tacy.
– Aaa – wykrzyknęła Ewa, gdy w pracy opowiadałam o tym, jak spędziliśmy długi weekend – Uprawialiście trzebież późną.
– O, widzisz – śmieję się – dobrze, że mi powiedziałaś. Mądrego to aż miło posłuchać.
Ewa jest wieloletnią żoną leśniczego, więc zna fachowe słówka.
Tak więc niemal cały długi weekend poświęciliśmy na trzebież późną:)

Jedno z naszych pól las usiłował zagarnąć w swoje granice, a my mamy zupełnie inne plany, bo może kiedyś któreś z naszych dzieci będzie chciało tam dom postawić. Trzeba więc było wyjaśnić krzakom, jeżynom i młodym drzewkom, że niestety nie mogą tu zostać. Ale po drodze zostawiliśmy te najpiękniejsze brzozy i sosny.

Taką pracę lubię.
Podnosić z ruiny, przywracać do życia, zaprowadzać ład, kłaść podwaliny przyszłości i widzieć jak rzeczywistość poddaje się od razu mojemu wysiłkowi.
Nie lubię głaskać po powierzchni, sprzątać tam, gdzie wysprzątane, pracy, której efektów nigdy nie zobaczę.
Tak myślę smarując zadrapania, odnajdując kolejne sińce na rękach i nogach, wyplątując gałązki z włosów i wytrzepując piach i kolce jeżyn z wysokich butów. Staram się nie myśleć co na to mój kręgosłup, bo radość dobrze wypełnionego zadania rozsadza mnie od środka.
A na koniec jeszcze niespodzianka nas spotkała, bo wśród największej plątaniny jeżyniaka zabłyszczały w słońcu złote kwiaty. Gdy tylko spojrzałam na liście, od razu ją poznałam. Machonia! Skąd ona się tu wzięła? Potężny rozłożysty krzew, który długimi pędami uciekał z plątaniny ku słońcu.
Taki prezent na koniec pracy.
Więc jeszcze trochę wysiłku, zadrapań, szarpania i … wyzwoliliśmy machonię z uścisku bezwzględnych dzikich krzaków. I oto teraz rośnie wolna na naszym podwórku:)
– Aleś się opaliła – dziwią się koleżanki i podejrzewają, że to jakiś Cypr lub Grecja.
– To trzebież późna – tłumaczę, śmiejąc się – Drzewa wycinałam.

Co ja bym robiła na Cyprze? Nie dla mnie smażenie się na plaży. W moim rankingu czynności bezsensownych leżenie na plaży zajmuje sam szczyt podium;)
* * *
A moje serce przez przyspieszony oddech i drżenie zmęczonych mięśni przedziera się z pieśnią zadziwiającą:
O, Panie późnych trzebieży, dla którego nigdy nie jest zbyt późno, by nas oczyścić, odgruzować i powołać do nowego życia.
O, Ty, który torujesz drogę przez nieprzebyte gęstwiny i chaos naszych żyć,
dla Którego nie ma miejsc niedostępnych i zbyt ciemnych byś mógł w nich zagościć,
Który poorałeś sobie dłonie i umęczyłeś ciało, by nas uwolnić
bądź uwielbiony!
