– O, czuję już ozon – Lalcia pociąga nosem w kierunku uchylonego okna. Za nim – od rana wyczekiwana- burza.
Huczenie przypomina mi nieodmiennie wozy wyładowane beczkami, podskakujące na brukowanej drodze. Ten obraz towarzyszy mi chyba od dziecka i oswaja każdą nawałnicę.
– Anioły wożą w niebie wodę w beczkach – mówiłam moim dzieciom przy pierwszych pomrukach burzy.
Zadzierały główki i nasłuchiwały ciekawie, bez strachu, zafascynowane.
To może dlatego dziś nie uciekają panicznie, nie chowają się w domu, wyczekują.

To pewnie dlatego Ala spaceruje po podwórku póki nie rozpada się na dobre. Potem stajemy na tarasiku pod balkonem i patrzymy na srebrne sznury wody opadające z szumem na ziemię.
A dopiero potem wchodzimy do domu i zamykamy drzwi.
Ale nie okna. Nie wszystkie w każdym bądź razie.

– Mogliby zrobić takie perfumy – Lalcia jeszcze raz wraca do tematu, wciąż wdychając głęboko zapach deszczu – Wiem! – wykrzykuje nagle – Zostanę perfumologiem i stworzę takie perfumy o zapachu ozonu.
– A to musisz studiować chemię – podpowiada tata.
– A, to jednak nie – rezygnuje szybko niedoszły perfumolog.
– Dlaczego? A może będziesz dobra z chemii. – mówi Ala.
– Tak, może masz wrodzony talent do chemii, a jeszcze go nie odkryłaś – mruczę zwinięta na łóżku jak kot.

Prawie zasypiam, bo moje wrodzone niskie ciśnienie spadło na skutek załamania pogody chyba do zera.
Szumi deszcz, szumi rozmowa, ostatnie myśli w głowie. O tym, że warto by jeszcze stworzyć perfumy o zapachu letnich pól, wiejskiej drogi, z nutą macierzanki, dzwonienia skowronka, odrobiną sosnowej żywicy.

Ale oto zasłona zakrywa wszystko.
Delikatnie opadam w dół.
Biały szum zalewa uszy.














