* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Kiedyś opisałam tu historyjkę sprzed lat opiewającą jak mój mąż kupił kozę i w jakie osłupienie wprawił tym naszych bliskich i znajomych.
Wszyscy dopytywali wielce zaaferowani: a gdzie będzie stała?
a co będzie jadła?
i kto ją będzie doił?
Mężulek miał ubaw po pachy, bo koza była wszak metalowym piecykiem do ogrzewania warsztatu:)
Zupełnie niedawo zaś dokonaliśmy kolejnego zdumiewającego zakupu. Zanim nasze zamówienie zrealizowano i wysłano, Miś rozesłał w świat wiele sms- ów o treści:
” Kupiliśmy dziś nowe czerwone Ferrari”.
Oczywiście adresatami wiadomości byli głównie koledzy, gdyż – jak uznał mój mąż – oni bardziej docenią ten zakup niż kobiety.
Na odzew nie czekał długo, a rozemocjowane wiadomości zalały jego telefon.
– Co?!!! Ale nowe? – pytał jeden kumpel.
– Dawaj zdjęcie!!! – błagał drugi.
– Kiedy będziesz je miał? – to trzeci.
– Wow, Michał!!! – wyrażał podziw kolejny.
Mój mąż rósł w oczach kolegów, chichotał i odsyłał odpowiedzi, że tak, nowe, bo ” kto bogatemu zabroni”; że przywiozą w poniedziałek; i że wyśle zdjęcia jak tylko je będzie miał.
Ferrari dotarło w poniedziałek, Miś natychmiast zrobił stosowne fotki i rozesłał wszystkim zainteresowanym.
– Cha, cha, cha. Ale śmieszne. – odpisali mu koledzy, wyraźnie zawiedzeni. Ba, zdegustowani nieco czerstwym żartem:)
A tak wygląda nasze nowe czerwone Ferrari.

Może nie zawiezie nas na Lazurowe Wybrzeże, nie zaszpanujemy nim na szosach świata, ale wykarmi nasze liczne stadko jakże ulubioną przez wszystkich pizzą.
Ferrari bowiem to piec do pizzy, który służy nam wiernie od ponad dwóch miesięcy.
I osobiście uważamy, że tylko taki model ferrari warto posiadać;) Lecz koniecznie czerwony:)
Ferrari wszak musi być czerwone:)
* * *

Lubię deszcz w nocy.
Szeleści cicho jak folia zgniatana w dłoni, delikatnie przesącza się przez sen i jawę, rozmazuje kontury między tym, co jest i co się tylko mami.
Lalcia zbiega z góry.
– Nie mogę spać, deszcz bębni – zgłasza.
Tłumaczę jej po raz kolejny, że taki dźwięk jest kojący i pomaga usypiać, lecz ona jest innego zdania.
Tupie nogą ze złością i idzie spać do salonu na kanapę.
Ach, kolejne dojrzewające dziecko w domu. Trochę nieprzewidywalne jak ciasto drożdżowe. Myślisz: ” Wyrośnie czy nie wyrośnie?”
Troje już wyrosło, jest szansa, że i czwarte weźmie przykład z rodzeństwa:)
Bo niby wszystko robisz tak samo, z tego samego przepisu z książki kucharskiej, według sprawdzonej receptury. A czasem nie wyrasta. Bo jest jeszcze kwestia mąki, przeciągów, wstrząsów, pełni księżyca i wiele innych okoliczności. Wszystko ma wpływ na takie wyrastanie, nie tylko twoje dobre chęci i zakasane rękawy.

Już śpi.
W salonie zasypia momentalnie.
Zawsze to lepsza opcja niż gdy się wpycha między rodziców takie już pełno- gabarytowe dziecię;)
A deszcz nadal kapie, wiatr szumi.
Słyszę.
Ja nie zasypiam tak łatwo.
Trochę czasu mija, nim ucichnie ta moja głowa i serce podobne do ula pełnego wrzawy. Nim moje myśli małe i duże wybzyczą się, odtańczą swój pszczeli taniec, ułożą, dzień zakończą.
A potem – nim się obejrzę – już ranek.
Noc skropliła się na liściach winobluszczu, bez kipi za oknem liliowo. Mąż krząta się po kuchni, parzy kawę, radio cicho brzdąka, kotka drapie do okna, dziecię niewyrośnięte wciąż śpi z noskiem w zawojach różowego koca.

A deszcz się wypadał.
Słońce świeci. Jak wyrośnięta drożdżowa bułeczka na śniadanie.
Nigdy nie narzekałam na czasy mojego dzieciństwa. Obiektywnie rzecz biorąc nie były różowe, ale jako dziecko odbierałam je inaczej. Przecież i tak nie wiedziałam, że może być lepiej, bardziej kolorowo, bardziej dostatnio, więc cieszyliśmy się tym, co było, jakby to była jedyna możliwa rzeczywistość. I dla nas była. Wtedy była jedyna.
Dziś – jako dorosła osoba – rozumiem to jeszcze lepiej. Ten czas był darem, wszystkie okoliczności życia były prezentem od Boga; sceneria, w jakiej wzrastałam nauczyła mnie tak wiele.
Więc jestem wdzięczna, że przyszło mi urodzić się i dojrzewać w takim, a nie innym czasie, w ubogim komunistycznym kraju, wśród ludzi, którzy jednak nie dali się pochłonąć ani szarości ani smutkowi.
Może dlatego teraz radzę sobie jakoś z szarymi porankami i nie wzrusza mnie fakt, że nie mam wszystkiego.
* * *
Pozostały jednak we mnie pewne rysy, które śmieszą nawet mnie samą.
Bo oto wchodzę do kotłowni i widzę w koszu na rozpałkę wrzucone zeszyty w kolorowych okładkach. Są piękne, w subtelne kwiaty, róże, polne maki.
Niewiele myśląc, wyjmuję je z kosza, sprawdzam czy zapisane do końca
( Tak, matma Hani:), a potem delikatnie odrywam okładki i zabieram.

– Kto wyrzucił takie piękne okładki do spalenia? – pytam z udawaną złością wchodząc do sypialni.
Dziewczynki podnoszą na mnie nieprzytomnie czarne oczęta. Właśnie oglądają bajkę o jakichś księżniczkach. Jak zwykle urządzają kino na naszym wielkim łożu.
– Ale te zeszyty się skończyły – tłumaczy mętnie właścicielka.
– Ale jak mogłaś wyrzucić takie piękne okładki? Przecież można je przerobić na zakładki do książek – tłumaczę i nagle łapię się na myśli, że takich zakładek mam już z dwadzieścia. Leżą w zgrabnym stosiku na brzegu półki, bo nie przepuszczę przecież żadnej okładce w piękny deseń.
– Albo wiem! – wykrzykuję – Dotnę kartki, zszyję igłą i zrobię z nich nowe zeszyty! Na moje notatki.
Dziewczynki uśmiechają się rozbawione moimi planami.
Ale one tego nie rozumieją.
Nie wiedzą co to znaczy, gdy wszystkie zeszyty są w szarych okładkach, a gdy czasami zdarzył się taki, który był bladozielony lub bladoróżowy, człowiek czuł się niewymownie szczęśliwy:)
Dlatego z tamtych czasów został mi niegroźny „hopl” na punkcie pięknych okładek. Zawsze zwracam na to uwagę i gdy kupuję zeszyty dzieciom i gdy wybieram notatniki na moje osobiste zapiski.

Może to i prawda, że nie ocenia się książki po okładce, ani prezentu po opakowaniu, ale chętniej jednak sięgamy po książki w pięknych obwolutach, a najdroższy prezent zawinięty w gazetę straci jednak na wartości.
* * *
Moja babcia, wychowana podczas wojny, w dużej, biednej rodzinie zjadała każdą kromkę chleba do ostatniego okruszka, nie pozwalała zmarnować nawet skrawka skórki. Ja ratuję okładki zeszytów od spalenia…
Na zawsze zostają w nas czasy dzieciństwa, pamięć niedostatku, wdzięczność za spełnione marzenia.
Wracam z pracy.
Moje srebrne autko mknie najpierw ulicami rodzinnego miasta, potem kawałek trasą szybkiego ruchu, a na koniec skręca obok kapliczki św. Andrzeja Boboli i już niespiesznie toczy się przez jedną wioskę, mija las, pola, aż dociera do naszej wsi.
Po drodze, codziennie mijam te same kapliczki i krzyże, pamiętające zamierzchłe czasy, gdy jeszcze hrabia polował w tutejszych lasach i na znak podzięki Bogu i ludziom ze wsi, dawał dąbczaka, by krzyż na rozstaju dróg postawili. Albo – równie dawne czasy, gdy w okolicy panowała zaraza i ludzie, błagając Boga o ratunek, stawiali krzyże na obu krańcach wioski, by ten znak zatrzymał śmierć idącą.

Krzyże były stareńkie, niektóre mchem porosłe, inne wspierały się ciężko, a to o płot, a to o drzewo, kapliczki nieco sczerniałe.
Lecz tego roku nagle – ku naszemu zdumieniu – ludziska się zebrali, stare krzyże odmalowali, lub zupełnie nowe, piękne postawili, dokoła płotki, donice z kwiatami, szarfy furkoczące. Kapliczki odmalowali, zatarte napisy na nowo wyryli, figurki stareńkie na nowe wymienili, trawę wkoło wygrabili, krzewy ozdobne posadzili. Są nawet nowe krzyże w zupełnie nowych miejscach.
* * *
Gdy Internet zalewają kolejne wieści o profanacjach figur, wycinaniu krzyży przydrożnych, wulgarnych napisach na ścianach kościołów, gdy wojna toczy się ciężko jak czołg tuż za granicą, gdy po niedawnej pandemii na cmentarzach wyrosły nowe groby, ludzie tutaj wiedzą co robić.
Zupełnie jak zegary słonecznika obracają się podświadomie ku słońcu, tak ludzie prości zwracają się ku Bogu. Nie mędrkują, tylko krzyż stawiają przy drodze, na kolana klękają przed kapliczką.
I przypominają mi się słowa Jezusa, gdy wpadł w zachwyt :
„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.”

Może ta prosta wiara ludu jest i kulawa, nie grzeszy teologiczną wiedzą, czasem zabobon się wkrada, ale jest prawdziwa. Jest jak samorodek złota. A nawet najbardziej zanieczyszczona bryłka złota jest więcej warta niż tombak, który świeci się tylko po wierzchu.
Bo cóż wart jest kolejny odkrywczy doktorat napuszonego a niewierzącego teologa wobec tej gromady kobiet w chustkach i mężczyzn w porwanych portkach, którzy mimo deszczu i wiatru, wspólnie stawiają nowy krzyż na rozstaju? Cóż warte te moje notatki tutaj wobec staruszki, którą widuję raz po raz, która jadąc rowerem dobry kawał drogi, przywozi wieniec kwiatów do krzyża stojącego daleko wśród pól?
Wysławiam Cię Ojcze, Panie nieba i ziemi…
Wiara przetrwa.
Nie w mądrych książkach, referatach, sympozjach na temat. Wiara przetrwa w prostych ludziach.
Dzisiejszy, poranny kadr z pokoju, który jest moją sypialnią, pracownią i miejscem modlitwy.

Słonecznego, dobrego dnia Wam życzę💐
* * *

– Niech pani zobacy – mały Oliwier otwiera swoją łapkę. Na jej dnie coś lśni błękitnie.
– Ojej, jakie piękne – zachwycam się, biorąc w rękę dość duży kryształ – Skąd to masz?
– Znalazłem na podwórku. I jeszcze drugi, zielony.
– To pewnie szkiełko – mówię – Ale jest prześliczne.
Podnoszę kamień i przesuwam pod słońce żeby zalśnił pełnym blaskiem. Jego skomplikowane ścianki rzucają iskry. Buzia Oliwiera rozświetla się jeszcze bardziej.
– Niech pani sobie zlobi zdjęcie, będzie pani miała na pamiątkę – mówi.
– Dobry pomysł – wykrzykuję i wyjmuję komórkę.
* * *
Gdybym nawet była zupełnie ślepa i głucha, dzieci szybko nauczyłyby mnie zachwytu.

– Mamuś, jakie mogę wziąć kwiatki do wazonu? – pyta córka studentka spakowana już prawie do wyjazdu.
– Tulipany już przekwitają, zresztą nie dojadą ci bez wody – rozważam – Chodź, zobaczymy – mówię, biorąc nożyczki – Coś znajdziemy.
I znajdujemy: gałązki tawuły szarej tak obsypane kwieciem, że wyglądają jak w okiściach śniegu. Samo piękno.
– Tylko nie stawiaj blisko łóżka, bo za mocno pachną – ostrzegam.
– Nie, nie – śmieje się ona – Zawsze stawiam bukiet na stole w kuchni, bo to tak miło jeść, gdy są kwiaty. W szklanym wazonie – dodaje.
A ja myślę: skąd ona to ma? Kwiaty, szklane wazony, kuchenny stół…

* * *
Wszystkie córki szykują się do kościoła. Myszkują po garderobach, moja szafa też otwarta na oścież wszystkim pokazuje swe barwne trzewia. Trwają głośnie konsultacje, jedna drugiej pomaga przy zapięciu guzików, haftek, pasków, wymieniają się sweterkami, żakiecikami, dobierają kolczyki. Potem schodzą z góry, wszystkie jak wiosenne kwiaty, w kolorowych kobiecych sukienkach. Tata rozpływa się w zachwytach nad urodą swych córek.
– Mają to po tobie – szepcze – te kolory, sukienki.
* * *
Schodzi zaspana Nusia.
– Co robiłaś w nocy? – pytam groźnie.
– Czytałam ” Błękitny zamek” – mruczy.
– Który już raz? – śmieje się Ala.
– Nie wiem. Nie liczę – odpowiada przesłuchiwana – To akurat książka na jedną noc.
– Ja chyba znów przeczytam ” Pamiętniki Wacławy” – postanawia najstarsza.
Moje sczytate czytadła w rękach moich córek.
* * *
Mężulek wraz z synem ustawiają ławy pod budowę warsztatu. Pochłonięci obliczeniami, zaaferowani, szczęśliwi.
Gdy ktoś nas pyta dlaczego Adaś wybrał budownictwo, zaczynamy się śmiać.
– Przecież razem z tatą przez wiele lat budował i wykańczał nasz dom, od dziecka na budowie.
Fakt, myślał jeszcze o meblarstwie, bo meble też z tatą robi, ale na studiach budowlanych mógł się jeszcze czegoś douczyć, bo o meblach wie już prawie wszystko:)
– Ale najbardziej lubię zapach metalu – mówi.
– Fuj – krzywią się siostry.
Wypisz, wymaluj mój Michał.
* * *
Gdy patrzę na moje dzieci, widzę jak oboje z mężem przelaliśmy się w ich życia.

Więcej zostawimy po sobie niż nam się zdaje. Nie tylko parę ubrań, okulary, stosik książek sczytanych, narzędzia …
Ślad, jaki zostanie po nas będzie dużo bardziej trwały niż dom, który zbudowaliśmy, drzewa zasadzone, uzbierane przedmioty.
Przerastamy nasze życia jak korzenie, które nie mieszcząc się w doniczce, każdą szparą wychodzą poza nią i wrastają w inne podłoża. Jakby naczynia naszych żyć tu na ziemi były zbyt małe, by nas pomieścić, niezdolne utrzymać bogactwa, którym jest każdy z nas.
Dzbany rozsadzone od wewnątrz naporem łask i darów , sączące się cysterny ściekające strumykami w inne życia. Nadhojność, nadprzesyt, nadrastanie bycia.
* * *
Skoro my, tacy maleńcy tak mamy, to o ileż bardziej On.
Bóg nie mógł nie-stworzyć świata, i nie mógł go stworzyć mniej pięknym, czy uboższym. Musiał , po prostu musiał wylać siebie w swej przebogatej naturze, rozlać poza siebie miłość, piękno, dobro, prawdę.
Bo nie można powstrzymać wód wezbranych. Nie ma takich tam, które zatrzymałyby ocean cały.

Nikt nie powstrzyma Boga, Który chce się wylać.