W dniu, w którym po sześciu tygodniach zaczynasz czuć smaki, znaleźć – mimo połowy listopada – cztery dojrzałe poziomki. Zjeść jedną, rozkoszując się smakiem, a pozostałe trzy oddać córeczce.



I wiesz na pewno – te poziomki, akurat dzisiaj, to nie przypadek.
Dostrzegać… każdy Jego uśmiech, każdy gest, każde filuterne mrugnięcie okiem.
Być światłoczułym jak klisza.

O, tak! Ta światłoczułość to też Jego dar. Jak to dobrze umieć dostrzec Jego uśmiechy i przebłyski światła, zwłaszcza w listopadowej szarości i pandemicznej rzeczywistości. Łapię takie okruchy i chomikuję (choćby na zdjęciach w telefonie), takie zapasy na cięższy czas. Przebłysk słońca przez poranne chmury, niedająca się zimnu piękna róża, rzadko spotykany listopadowy błękit nieba… Takie drobiazgi – ale pozwalają przeżyć…
jesteś taka jak ja Mario:)
Rut, nigdy Cię „na żywo” nie spotkałam, ale od kiedy Cię czytam (a zaczęło się od „W cieniu brzozy”) czuję, że podobnego ducha jesteśmy 🙂
chyba jesteś najdłużej ze mną Mario. Od cienia brzozy minęło już pewnie naście lat. Sama nie pamiętam kiedy zaczęłam pisać:)
Jak dobrze, że wreszcie to paskudztwo się wycofuje…
Te poziomki – cudowne… A my dziś cieszyliśmy się wiewiórkami…
nasze wiewiorki chyba poszły już spać, bo jakoś ucichło wkoło i już nie widać na drzewach ich płomiennych ogonów.
Smacznego 😀
Riv, teraz to życzenie zaczyna mieć sens;)
I można je docenić 😉
Hura! Zdrowiejesz! 🙂
Tak Kawusiu!!! Wielki smak małej poziomki:)