Siedzimy przy kuchennym stole hurtowo i zgodnie.
Tylko Nusia nie siedzi, bo właśnie jest zajęta podstawianiem sobie taboretu pod drążek do podciągania.
Drążek ten został zamontowany w futrynie drzwi za czasów zamierzchłych, gdy bracia Rutkowi marzyli by zostać zapaśnikami i marzenia przekuwali w czyn we wszelki dostępny sposób. Głównie jednak bijąc się na podłodze i rwąc kolejne sztuki odzieży:)
Młodszemu pokoleniu drążek też wiernie służy. Zwłaszcza jako baza do powieszenia huśtawki, o którą potem trwają boje. Mniej spektakularne niż te wujkowe, ale zawsze.
Czasem jednak ktoś sobie przypomni o właściwym przeznaczeniu rozporowego drążka i tak jak Nusia podstawia taboret, by na nim poćwiczyć podciąganie.
Nusia więc taboret podstawiła, wchodzi nań, ręce wyciąga i nic.
A rodzina też nic. Siedzi sobie hurtowo, gawędzi, pojada . Aż tu…
– Tatooo – dolatuje mrożąca krew w żyłach inwokacja – Pomóż mi się powiesić!!!
🙂 🙂 🙂
powiało grozą.
