Siedzimy z moją cioteczną siostrą Anią w cieniu perukowca podolskiego, w poświstach wiatru dziwnie nachalnego w lipcowe popołudnie. Siedzimy, sernik z brzoskwiniami jemy z nowo-wypróbowanego przepisu od koleżanki z pracy, brzoskwinie ciasteczkowe pogryzamy aż sok nam cieknie po brodzie w trawę, niektórzy kawę popijają, inni – soki. Wokół , jak nawałnica jakaś stadko zmieszane naszych i jej pociech rodzonych i przyszywanych buszuje.
Więc o czym można gadać przy posiłku i pociechach?
O jednym i drugim.
Ania opowiada o swojej młodszej córci Ali. Imię zresztą na cześć naszej Alicji, co by dziecię równie rozsądne i mądre było.
Tymczasem…
– Ona je kozy z nosa – opowiada Ania – Krzyczymy na nią, upominamy, a ona swoje. W końcu pytam ją: Dlaczego to robisz?, a ona na to: Ale mamusiu, to jest takie smaczne.
Wybuchamy śmiechem, sernikiem się krztusimy.
Ale to nie koniec matczynej opowieści.
– Ona je wszystkie paskudztwa. – kontynuuje mama dwulatki – Pewnego dnia siedzi na sedesie, a ja sprzątam w łazience i słyszę nagle jak ona mówi do siebie: Hmm. Kupy jeszcze nie jadłam.
Teraz już prawie wszyscy spadamy z leżaków, krzesełek turystycznych, ławek, a ci, którzy siedzą na kocu, tarzają się w konwulsjach śmiechu.
– Ja się teraz boję nocnik jej dawać! – kończy dramatycznie Ania.
Między nami rodzicami nic co ludzkie nie jest obce:)
