Około dwa lata temu jedna z moich koleżanek z pracy zrobiła coś , co bardzo mnie zraniło. Zawsze różniłyśmy się w naszym podejściu do życia, uznaniu co jest ważne i mniej ważne, w światopoglądzie, ale lubiłam ją i wydawało się, że ona nie jest mi wrogiem. To, co nas łączyło zawsze to poczucie humoru.
Ale w pewnym momencie, ku mojemu zaskoczeniu, coś zaczęło się zmieniać. Powoli przestała ze mną rozmawiać, odwracała się plecami, aż w końcu zrobiła coś, co bardzo zabolało. Zostałam oskarżona o rzeczy, których nigdy nie zrobiłam i upokorzona przed innymi osobami. Długo nie mogłam podnieść się z tego.
Koleżanka przestała w ogóle mnie widzieć.
Trwało to dość długo. Wielka złość w moim sercu rosła. W żaden sposób się nie odegrałam, to nie w moim stylu, ale samo przebywanie z nią w jednym pokoju było nie do zniesienia. A tego, co o niej myślałam lepiej nie cytować.
Aż pewnego dnia, z krwawiącym jeszcze sercem po raz pierwszy wspomniałam o niej na modlitwie. Wbrew sobie. Łamiąc swoją wolę na kawałki.
I zdarzyło się coś nieoczekiwanego – nagle zobaczyłam ją inaczej. Złość z każdą modlitwą ustępowała, a pojawiała się troska i życzliwość czyli „życzenie jej dobrze, jak najlepiej” . Modliłam się o samo dobro dla niej, o wszystkie potrzebne rzeczy, dary, łaski.
Dziś nie ma we mnie już nic z żalu. Nic z urażonego „ego”. Tylko sympatia. Choć ona nadal mnie unika.
Odkryłam ostatnio stronę z kazaniami Ojca Andrzeja Hołowatego. Oprócz mocnych słów, są tam też sugestywne obrazki. Jeden z nich przypomniał mi to wydarzenie z mojego życia, gdy najpierw oślepłam z bólu, a potem stopniowo odzyskiwałam wzrok.
Oto on.

Poczytajcie. Warto.
