– Może mi ktoś popilnuje tego bejsbola zanim wrócę z ubikacji? – pytam rodzinkę dźwigając przed sobą białą kłodę.
Mąż i dzieci śmieją się z wielkiej łodzi łóżka:)
W sobotę, idąc na mszę pierwszo-sobotnią upadłam na lodzie i złamałam lewą rękę. Złamanie otwarte, karetka, operacja, druty w kości, szpital, gips, dwa miesiące zwolnienia.
– Na szczęście powiesiłam już firanki na święta – opowiadam przyjmującemu mnie na SORze lekarzowi.
– To są baby – śmieje się – aby firanki powieszone, to już jest dobrze.
– A ja wiem dlaczego pani się tak mocno połamała. – odpowiada żartem – bo pani bardzo wysoka i z dużej wysokości spadła.
– Teraz to już niewiele zrobię – opowiadam koleżance Moni przez telefon – prawa ręka nadaje się tylko jako stojak do miksera, a lewa jako chwytak do cebuli.
– Ale jak to wypada – komentuje Moni – żeby taka pobożna osoba pod kościołem się połamała.
– Godnie wyszło, nieprawdaż? – mówię i prychamy śmiechem.
– Ładna zawieszka na choinkę – zauważam, patrząc na dwa solidne druty wystające z mojego nadgarstka. Doktor robiący nowy opatrunek uśmiecha się pod nosem. Pewnie sobie zjawisko zwizualizował:)
– Najlepiej byłoby odpiąć tę rękę i położyć na półce na sześć tygodni, a potem przykręcić na nowo. – śmieję się do córki.
– I skąd ten Mikołaj wiedział, że ja się połamię? – zastanawiam się głośno, wyjmując z torebki prezentowej rozkładany stoliczek do łóżka. – Mają cynk ci święci:)
Dziękuję Bogu, że lepiąc mnie dziesiąt lat temu dorzucił do miski dużo poczucia humoru:)
To kolejny dar, bez którego ciemne doliny życia byłyby dolinami nie do przejścia.
