Gdy przyjeżdżam do pracy, na parkingu szaro i wietrznie. Naciągam mocniej czapkę na uszy, wtulam nos w kołnierz kożuszka i szybko wchodzę po schodach.
Gdy wychodzę – słońce dwoi się i troi, by oszronić blaskiem wszystko, co rano wydawało się byle jakie i niezachęcające do oglądania. I ptaki śpiewają jak szalone. Jakiś dziki trel opada na mnie z drzew jak płatki kwiatów. Podejrzewam kosa:)
Czapka wciśnięta między książki w torbie, a kożuszek rozpięty.
* * *
Sobotniego ranka słońce niecierpliwie przesiewa się przez gruby splot lnianych zasłon, więc od rana zaczynamy w naszym domu szalony taniec. Nachodzi nas nieodparta chętka na przetarcie okien, przewietrzenie pokoi, a nawet wiosenne przemeblowanko w salonie. Wszystkie okna uchylone, a drzwi otwarte na przestrzał, wszystkie ściereczki poszły w ruch, a „chinka” , pralka i odkurzacz ryczą jak obudzone lwy. Jeszcze chwila, a pierwsze w tym roku pranie powiewa jak kolorowe żagle wszesz całego podwórka. Ptaki śpiewają, a dzięcioł na zmianę kuje lub chichocze.
Gdy jednak wyjeżdżamy na zakupy do miasta
( – No bo mamo, co będziemy robiły jak jest 11-ta, a dom posprzątany? – zgłasza nieśmiałą interpelację Nusia:), niebo zasnuwa się jakby szarą mgłą. Zakupy robimy w logicznym porządku, więc sprawnie, lecz gdy dojeżdżamy do ostatniego punktu wyprawy, czyli sklepu ogrodniczego ( po bratki, wciąż mamy ich za mało:) – deszcz wisi już w powietrzu.
Ale zdążamy na czas, tuż przed pierwszymi kroplami. Ratujemy pranie i zabieramy się za kompozycję z dalszego ciągu dnia…
A ciąg dalszy znowu późnym popołudniem przynosi promienie słońca.

* * *
Jakie te dni zmienne – myślę zupełnie spokojnie. Strefa klimatu umiarkowanego nauczyła nas od dziecka pewnego rodzaju stoicyzmu wobec zmienności. Zupełnie dobrze umiemy odnajdywać się w chwilach, gdy słońce nagle znika i zaczyna lać jak z cebra, lekkim wzruszeniem ramion przyjmujemy fakt, że śnieżyce pojawiają się znikąd lub zupełnie niezapowiedzianie wszystko zasnuwa mgła jak mleko. Owijamy szczelniej szalik na szyi lub rozpinamy kurtkę, rozkładamy parasol lub wyjmujemy z kieszeni okulary przeciwsłoneczne, z sandałów zwinnie przeskakujemy w kalosze, albo po prostu zaszywamy się pod kocyk i zasypiamy… Tylko ze zmianą opon idzie nam nieco oporniej:)
Jesteśmy przyzwyczajeni do zmienności pogody, świata, życia.
O wiele trudniej idzie nam, gdy ludzie obok nas zmieniają się nagle i nieodwołalnie. Ktoś kto kochał, mówi: już nie kocham. Ktoś łagodny zaczął być agresywny. Ktoś otwarty, odwrócił się plecami do całego świata. Ktoś bliski stał się daleki. Ktoś ostygł, ktoś zgasł, ktoś zniknął.
Ktoś, kogo tuliliśmy, podrapał nas nagle do krwi.
Łatwiej przyjąć deszcze, mrozy, śniegi i wichury.
Wystarczy tylko mieć ciepły szalik, dobre buty, parasol i piec w domu.

Może dlatego łatwiej, bo zmiany pogody dotyczą dyskomfortu ciała, a te pozostałe opisane przez Ciebie, dotyczą naszej duszy?
My dziś w strugach deszczu jechaliśmy na Podlasie na cmentarz. Po powrocie cudne słońce i ciepło, więc spacer, z którego wracaliśmy biegiem, bo dopadła nas ulewa i burza:) W marcu jak w garncu:)
Pięknej niedzieli!
Dokładnie tak – są zmiany, które zostawiają blizny na sercu.
z bliźnim się można zabliźnić – cytując SDM
Moi chłopcy byli w Waszym mieście i rzeczywiście mówili o burzy z piorunami:) U nas tylko przeszedł zlewny deszcz. Już pod wieczór. I sikorki – najedzone resztkami makaronu – rozbijały się raz po raz o świeżo wypucowane drzwi tarasu😁 Brzmiało tu trochę jak grzmoty:)
U nas przymrozki. Marzec i do nich ma pełne prawo, choć wolałabym, żeby z tego prawa tak ochoczo nie korzystał.
przymrozki i śnieg:)
Och, tak… Cenie te relacje z przyjaciółmi, bliskimi znajomymi, w których na bieżąco mówi się o tym, w czym się rozchodzimy, nie zgadzamy itd. Oczywiście w takich rozmowach bywa wzajemnie zdziwienie, niesmak, żal, ból po obu stronach, ale nie jest to nagłe podrapanie do krwi.
A ja czasem wolę przemilczeć niż na bieżąco rozdrapywać rany i nieustannie uaktualniać spis tego, w czym się różnimy. Wolę wyliczać to, co nas łączy niż dzieli.