Siedzę przy otwartym tarasie i popijając w ciszy kawę, zwijam koronki.
Tak, piękne misterne, pachnące starością koronki.
Ksawery robił ostatnio porządki na poddaszu kościoła.
– Może chcecie? – zapytał – Stare kapy, obrusy, komże, koronki. Ja to wyrzucę, a wam może się przyda. Dziewczynki szyją i wyszywają, może wykorzystacie?
No i nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tym bardziej, że dostaliśmy też stary paschał i zapas świec na zimowe wieczory.
Wczoraj cały wieczór oglądaliśmy te skarby. A dziś jedna koronka już zawisła w okienku jako zazdroska, a resztę porządkuję, zwijając pracowicie.

* * *
– Dzień dobry – słyszę nagle początek rozmowy z drogi – Czy tędy na Kraków?
Chwila ciszy, pełnej konsternacji. Zagadnięty ( pewnie sąsiad Emil) musi być w ciężkim szoku.
– Tak, na Kraków – odpowiada w końcu nieco drżącym głosem.
Uśmiecham się figlarnie, zwijając kolejny motek koronki.
Nie jest łatwo, bo koronka jest cienka i od leżenia w worku ze stosem innych rzeczy splątała się. Trzeba ją najpierw rozprostować, a potem nawijac na palce dłoni. Wtedy dopiero widać cudny wzór.
– W zasadzie – myślę – Jak już tu dojechałeś, to każda droga powiedzie cię do Krakowa:)
Bo jak to mówią: „Gdzie Krym, a gdzie Rzym”.
* * *
Czasem tak w życiu bywa, że aż tak pomylimy drogi, że już każdy następny krok jest „odnajdywaniem się”. Czasem jest tak, że musimy dotrzeć na bezkresy, by dopiero stamtąd zawrócić.
Ilu świętych przemierzyło właśnie taką drogę.

A czasem – patrzę na koronkę w moich rękach – jest też tak, że sam sobie nie poradzisz, na trop nie wpadniesz i ktoś o czułych dłoniach musi cię wziąć i rozprostować jak misterną, piękną koronkę.
I wtedy dopiero widać jakim arcydziełem jesteś i jaki wzór nosisz na sobie, i że nie jesteś „splątany nie-do-rozplątania” – jak o sobie myślaleś i jak mawiali o tobie inni.

Ugładzony w czułych dłoniach.
Jak ja.
