bukiet życia

  • Rumiany w ogrodzie wymieniły się na rudbekie – to znaczy, że lato, choć jeszcze świetliste i uporczywie upalne, powoli ustępuje jesieni.

Stąd zimne wieczory i poranki spędzane w miękkim czerwonym szlafroku.
Siedzę i piję kawę, patrząc na świat za wielkimi szklanymi drzwiami. Świat zupełnie już obudzony i rześki, w odróżnieniu od naszego poddasza, gdzie wciąż w objęciach Morfeusza żegluje po oceanach snu nasza dzieciarnia i kolejni goście.
Tak. Bo jak kwiaty wokół domu zmieniają się wraz z upływem lata, tak pod naszym zielonym dachem wciąż wymieniają się goście.
Sami nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Co nie znaczy bynajmniej, że się nudziliśmy.
Nie sposób nudzić się w domu wypełnionym po brzegi ludźmi, ich śmiechem, rozmowami, tupotem nóg po schodach, piskami dzieci w basenie, mruczeniem czterech kotek. W domu przepełnionym po brzegi muzyką ( z reguły klasyczną:), kwiatami, zapachami potraw, ciast, owoców, miętowego soku, który schodzi u nas hektolitrami.

W końcu w domu wypełnionym pasjami – naszymi własnymi i tymi przywiezionymi w plecakach i walizkach przez przyjaciół.
Robienie mebli, malowanie obrazów, szycie, szydełkowanie, wyszywanie na kanwie, fotograficzne sesje, pisanie wierszy, układanie bukietów, produkcja herbatek ( ulubiona z ajronii – stąd nasze nieco ironiczne podejście do życia:) – wszystko to przemienia nasze dni w kolorowe jarmarki.


Dobrze jest miłować życie, swoje własne. Nie żałować, że się nie ma innego, nikomu nie zazdrościć, nie tracić czasu na dywagacje ” co by było, gdyby…”, nie snuć marzeń na próżno. Po prostu żyć, zanurzając się w tym, co dane hojną Ręką i zupełnie darmo.


Siedzimy z Bellą na naszym patio. Obie przy sztalugach, ciepłe popołudnie owija się wokół naszych ramion jak szal z jedwabiu. Malujemy ten sam bukiet kwiatów – rudbekie, moje ulubione liliowo fioletowe świerzbinice polne, wiekuistki.


Każda z nas patrzy na to samo, a widzi inaczej. Wychodzą dwa zupełnie inne obrazy: ciemniejszy, zgaszony Belli i ten mój jak feeria barw.
– Jesteś wewnątrz bardzo kolorową osobą – mówi przyjaciółka, patrząc na moje dzieło.
Tak. Jestem.
Nie wszystkim wyjawiam ten sekret.


Ale wy wiecie o tym już od dawna:)

Wszyscy jesteśmy piękni, każdy w swojej własnej niepowtarzalnej palecie barw. 

 

głosy

Jak przeróżne mamy modulacje głosu. Więcej ich niż sukien różnobarwnych w garderobie.


Modulacja dla niemowlęcia,
modulacja bajki opowiadanej do snu,
modulacja romantyczna,
kategoryczna,
melodia głosu specjalnie dla kota,
wykładowa dla szacownego grona słuchaczy,
głos pełen bólu i rozpaczliwy szloch,
rozkoszne szepty,
deklamacje mniej lub bardziej napuszone,
potoczne rozmowy, czasem pokracznie wulagarne, płytkie i brudne jak kałuża,
szept tajemnicy,
skandowanie tłumu,
tkany ze słów woal modlitwy…


I w każdym z nich jesteśmy po trosze, w milionach różnych odsłon, jak aktorzy w najstarszym teatrze świata.

wyprawa po NIC

Nasze przyjaciółki zrobiły sobie wypad do Białowieży.
To miejsce, jedno z moich ukochanych, zachwalałam im już od dłuższego czasu. Magia dziewiczej puszczy, bajkowość każdej zagrody, piękno w nienachalnej postaci nieskażonej wciąż jeszcze komercją, zapach drzew i to coś, co jak mgiełka unosi sie nad wszystkim – jakaś nienazwana tajemnica. I głębokie przeczucie, że jestem jej częścią.


Dziewczyny zachęcone pejzażami moich narracji wsiadły w czerwone autko i pomknęły.
Gdy dojechały do celu, spotkały popa.
– Co tutaj warto zobaczyc? – pytają jak to turystki.
Pop nabrał powietrza jak ryba, wypuścił je. Jeszcze raz nabrał, przewrócił oczami i w końcu rzekł krótko: NIC.
Komunikat porażający dla turysty, ktory pokonał był właśnie trudy podróży po podlaskich krętych szlakach. Nieoczywistych i zaskakujących jak cała kraina.
I na koniec dowiedział się, że jechał po NIC.
A na odchodne pop sprzedał im słoik miodu z własnej pasieki:)
Pewnie żeby osłodzić im rozczarowanie.
Bo zawsze słoik miodu to jakieś COŚ.

* * *

A może jest tak – myślę rozbawiona tą opowieścią – że niepotrzebnie i na siłę szukamy CZEGOŚ. Błąkamy się w poszukiwaniu niezwykłości, przeoczając cud własnego zwykłego życia.
Jak ten Koziolek Matołek, co to biedaczystko szukał był po całym świecie tego, co miał całkiem blisko.



Śmieję się z mojej siostry Kory, która po latach biegania tu i tam, chaotycznego i nieco panicznego, po odbyciu 14 podróży w miejsca niebezpieczne, zaglądaniu w trzewia wulkanu ( czynnego!!! ), po samotnej wędrówce przez dżunglę o ścieżkach wręcz brukowanych wężami, zagubieniu bagaża i dokumentow w Kambodży itd.itp. zmuszona stanem powszechnej paniki przed epidemią, wróciła do domu i usiadła w miejscu.
Po latach.
Po kilku tygodniach odkryła prostą przyjemność zwykłego posiłku, miękkość kota i uczucia, które się rodzą, gdy zaczyna ci mruczeć na kolanach, że hamaki też są wygodne w moim sadzie, jaką satysfakcję daje malowanie ścian i podłóg, że tęcze rosną też nad naszym domem, …
Wysłała mi kilka zdjęć mms zachwycając się jak wielkie bywają kwiaty piwonii i jakie mają odcienie.


A przecież piwonie zawsze rosły w naszym ogrodzie przy domu. Nasza mama hodowała je namiętnie. I zawsze były zachwycające. Wystarczyło tylko na chwilę zatrzymać się przy nich:)

Czasem w gonitwie życiowej mijamy własne życie, kwitując je jednym wielkim NIC.
Czasem sami siebie mamy za nic.
Jak ten biedny pop żyjący w próżni:)


gościnnie

 

– Marzence i Oli:)

 

Nasz dom – jak co roku w wakacje – zaczyna pęcznieć i głęboko oddychać.
Nabiera w płuca duże hausty ludzkiego śmiechu, popiskiwań, tupotu nóg po schodach, trzaskania drzwi, stukania talerzy i kubków, zapachów unoszących się znad garnków i dzbanków, znad tacek na ciasta i salaterek. Usypia w końcu późną nocą kołysany ściszonymi ( lub nie:) rozmowami, muzyką płynącą z radia i szumem zmywarki pełnej po brzegi.


Bo – jak co roku – nasz dom z zielonym dachem wypełnia się raz po raz gośćmi. Tymi małymi naszych młodszych córek i tymi poważniejszymi. Choć od razu dodać należy, że mało kto tu powagę bez uszczerbku zachowuje;) Nawet najszacowniejsze grono ludzi statecznych i wysoko kształconych, obracających się na co dzień w kręgach intelektualistów, po niejakim czasie – spędzonym pod zielonym dachem naszego domostwa – zmienia się w rozbieganą dzieciarnię, która śpi do południa, buszuje do nocy, rozleniwia się na łonie natury, wygłupia nieprzyzwoicie i podśpiewuje rubaszne piosenki.

A do tego wpada w rozliczne nałogi – jedzenia jagód, kupowania namiętnego ciuchów za 3 złote, picia na okrągło kawy i herbaty, zagłaskiwania kotów od rana do wieczora, prowadzenia nieustannej wojny podjazdowej z komarami i stanu permanentnej „głupawki”.
Dziecko tu z człowieka wyłazi wszystkimi szwami jak pierze z poduszki.

Wyrywa się na wolność spod warstw dorosłości, kwiczy, zdrowieje, rumienieje na licach, podrapane na nogach, rozczochrane, z kroplami deszczu na policzkach i z bąblami wszędzie, gdzie tylko komar sięgnie.

Nieogarniona przestrzeń i nieograniczone połacie czasu kuszą, by w końcu wyjść z siebie, przeciągnąć się aż chrupną kości i żyć.
– Lubiłabyś chyba mieszkać na wsi? – mówię do nastoletniej Oli, ktora na co dzień mieszka na śląskim blokowisku.
– Tak. – odpowiada bez zastanowienia – Na takiej jak ta wsi – dodaje dla ścisłości:)
Wracamy właśnie z wyprawy do lasu. Niesiemy litrowy kubek pełen jagód. My dwie i Lalcia. Wszystkie mamy ręce lepkie i pachnące owocami. Śmiejemy się, że jesteśmy jak Alina i Balladyna.
Na powitanie wybiegają nam koty, a w progu domu – zapach kawy, którą ktoś znowu parzył.
Ach!



Po wyjeździe gości dom na chwilę cichnie. Jest kilka dni jakby zadumany, senny, miele jak młyn wszystkie sprawy, które się zadziały, wszystkie słowa, które padły. Wzdycha. Przerabia wolno przeszłe dni na mąkę wspomnień.


Cicho.

Tylko na sznurku na dworze łopcze wyprana pościel i ręczniki.

Bo trzeba być gotowym na kolejne odwiedziny:)

 

 

towarzysz

Nie pisałam o tym, bo nie po to jest to miejsce.
Nigdy nie chciałam, by mój blog stał się księgą skarg i zażaleń na życie:)
Mimo to niektórzy z Was dowiedzieli się. Jedni otoczyli mnie modlitwą, inni wsparli poradami, konkretną pomocą. Za wszystko Wam bardzo dziękuję.
Wciąż i wciąż ze zdumieniem niemowlęcia odkrywającego świat, przekonuję się jak dobrzy są ludzie. Jak dobrzy jesteście.

* * *
Od trzech miesięcy choruję na dziwną chorobę, która przypomina zapalenie pęcherza i mimo wielu leków i badań wciąż nie wiadomo co to jest ani jak to leczyć.
Ból o różnym natężeniu stał się niemal nieodłącznym twarzyszem. Tak wrósł we mnie, że stał się jakby integralną częścią mnie i mojego życia. Jest już kawałkiem mojego ciała, jak ręka czy noga.
Nauczyłam się z nim żyć prawie normalnie, śmiać się, rozmawiać, pracować. Odganiać obawę i lęki z serca jak się odgania natarczywe komary z twarzy.
Kiedy patrzyłam na chorą Ewę i jej werwę do życia, nie wierzyłam, że można to pogodzić. Teraz wiem, że można.
Ból i radość życia.


Można je wziąć pod ręce jak dwie znajome i spacerować ścieżkami codzienności.

*   *   *

Czy sądziłaś kiedyś Rut, że nadejdą takie dni i wieczory? Że życie może być jednocześnie gorzkie i słodkie? Intensywnie i w równych proporcjach? Jak gorzka czekolada. 

Z odrobiną chili.

 

 

 

 

krucha filiżanka

Przyjechała na rowerze Julcia, przyjaciółka Alusi. Zgrzana, zarumieniona siadła z nami przy stole. Coś tam zaraz wjechało na dębowy blat. Herbatka, chleb, masło, pomidory… Nad blatem rozpętało się tornado przekrzykiwań, śmiechu, wspominków, postukiwań łyżeczkami…
– Ojej. Jak u Was jest fajnie. Razem siedzicie przy stole i rozmawiacie. Ja z moją rodziną siadam tylko do wigilii. – zwierzyła się Ali Julcia już przy bramie.



Ten brak siadania wspólnego, słów wymienianych niespiesznie, głów pochylonych nad jednym stołem sprawił, że rodzina Julii dziś już w zasadzie nie istnieje. Jest jak rozbita porcelanowa filiżanka. Cacuszko, które ktoś nieuważnie wypuścił z ręki. A nad jego skorupami milczenie, łzy, drżenie rąk i głosu.
* * *
Nieuważność, pośpiech, brak dbałości i delikatności. Niedocenienie wagi drobnych słów, gestów.
Może właśnie dlatego nasze rodziny rozbijają się na wolno krążące bez orbit elektrony. Bez zobowiązań, wspólnoty, więzi.



A energia, która z tego rozbicia pochodzi, potrafi niszczyć całe światy. Ludzi. Ich tożsamość. Marzenia.


Julcia marzy o rodzinie, chce ją założyć, już planuje ze swoim ukochanym, a jednocześnie boi się, że im się nie uda i że znów kolejna filiżanka roztrzaska się o podłogę.
Patrząc na nią, widzę samą siebie trzydzieści lat temu, mój lęk, że jeśli spróbuję, powtórzę błędy rodziców i dziadków i roztrzaskam życie swoje i nie swoje.


Dziś wiem, że warto zaryzykować i warto się starać i że – choć wydaje się to bajką dla dzieci – można z kruchej porcelanowej filiżanki pić dwadzieścia lat i dłużej.

 

płócienko czasu

Dzień wiejski
Skrawek lnianego płótna czasu rozpięty między słońcem wynurzającym się zza ściany lasu, a kryjącym się za lasem po przeciwnej stronie.
Skrawek surowy, nadający się do bielenia lub barwienia, łatwo poddający się obróbce.


Gdy wracamy z lasu, słońce odbija się od srebrnych brzegów dużych kubków. Ich wnętrza wypełnione jagodami i ich liśćmi.
Ręce i paznokcie fioletowe. Za nami depcze burza. Swym groźnym mruczeniem wypłoszyła nas z lasu.
Choć zupełnie na spłoszone nie wyglądamy. Idziemy raźno omijając wczorajsze kałuże i snujemy plany na jutrzejsze drożdżowe bułeczki.
‌Bramka do sadu zamyka się z oporem właściwym rzeczom starym, które bardziej gustują w statyczności niż ruchu.


‌ Może zresztą nie dotyczy to tylko rzeczy.
‌W drugiej połowie życia my też stajemy się coraz bardziej nieporuszeni, krzepniemy, wolimy pełen zamyślenia bezruch niż chaotyczną bezmyślną gonitwę.
‌Bramka w końcu się poddaje, zwinne palce Ali zaplatają drut – tak prosto na wsi zamyka się podwórka.
‌W domu jagody lądują do miski z wodą, Nusia odbiera od nich liście i patyczki, zabłąkane robaczki.
‌- Mogę trochę ze śmietaną zjeść? – pyta Lalcia.
‌- Dostaniesz tylko garstkę – mówię – bo jutro tata planuje naleśniki z jagodami.


‌ Wiejski dzień. Zabarwiony jagodowym sokiem. Jak kawałek lnianej ściereczki.

barwność

Moje ulubione kolory to lawendowy i lazurowy.
Ale moje ulubione połączenie barw to biały i zielony.
Zupełnie niedawno to zauważyłam jak otaczam się tą konstelacją , podświadomie ją wybieram i w jej towarzystwie odpoczywam.

I jestem przez biel i zieleń otaczana.

Pewnie dlatego tak lubię brzozy.

Może niektórzy z Was pamiętają jaki tytuł miał mój pierwszy blog.
Ten sprzed 10 lat.

„W cieniu brzozy”.

I to nie był przypadek:)

odcienie zieleni

I cudnie mieć syna, który podchodzi w ciągu dnia znienacka i cmoknie w policzek, chuchając do ucha cicho: „Kocham cię”.
I – choć wiem, że prawdopodobnie nigdy nie przeczyta Borejkowej sagi – mam zupełną pewność, że jest bardziej podobny do mnie niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka.

Cudnie jest spierać się z nim ( godzinami!!!) o nazwy dla rombów i konieczność ( ja) lub zbędność ( on) określenia wszystkich odcieni zieleni.
Te rozmowy – na pograniczu ekwilibrystyki mózgu i obrzeży filozofii.
Emocjonalne ( o dziwo – on:) i stoickie ( o dziwo – ja).
Niemal od zarania jego życia umieliśmy tak rozmawiać: na poły ironicznie i jednocześnie zupełnie na serio.
Czyli tak jak zasługuje na to nasze życie.

On zżyma się niby, że myślę sercem, a ja niby się gniewam, że on czuje głową.
A jesteśmy tacy sami.
Wrażliwcy, którzy próbują udawać, że są nieporuszeni.
W świecie, który miota ludźmi jak kukłami ze słomy. I robi z nich wydmuszki. A zamiast gruntu pod nogami daje równię pochyłą.

* * *

A my sobie z synem jakby nigdy nic rozmawiamy o odcieniach koloru zielonego.
Z przymrużeniem oka.
Marnotrawimy na to czas i energię, oplatamy słowami i pasją.
Na naszym patio oplecionym gęsto zielonym winobluszczem.

O odcieniu… wciąż bezimiennym.