Wdzięczności musimy się nauczyć dokładnie tak samo jak uczyliśmy się chodzenia czy pierwszych słów. Powoli, krok po kroku, sylaba po sylabie, od najprostszych rzeczy.
Niektórzy z nas mieli łatwiej, wychowani w domach, rodzinach czy środowiskach, które uczyły dostrzegać i dziękować. Inni wzrastali w miejscach przesiąkniętych narzekaniami, biadaniem i rozgoryczeniem. Inaczej rośnie dziecko, któremu mama pokazuje kwiatek na łące, liczy z nim kropki na biedronce, śpiewa mu czy uczy je grać na źdźble trawy, a inaczej takie, którego rodzice byli zbyt zagonieni, zajęci czy zbyt smutni i przeciążeni, by dostrzegać takie drobne cuda i pokazywać je swoim dzieciom.
Ale każdy z nas, niezależnie od tego czy miał lepszy czy gorszy start, może nauczyć swoje serce wdzięczności.
🌱🌱🌱
Pierwszy krok – najłatwiejszy, choć będą też tacy, którym sprawi większą trudność, to zauważyć duże sukcesy, zwycięstwa i wygrane w życiu. I podziękować, że się wydarzyły, choć nie musiały. Trudnością może być tu przyznanie, że – choć rzeczywiście włożyłem w to czasem wiele pracy i wysiłku – tak naprawdę sukces, który osiągnąłem jest podarunkiem, cudem. A to przyznanie wymaga pokory.
🌱🌱🌱
Drugi krok to zacząć zauważać rzeczy mniejsze, czasem niezauważalne dla większości.
Patrzeć i widzieć, słuchać i słyszeć, dotykać i czuć, jeść i smakować. Być żywym, obecnym w tej właśnie chwili, nie cofniętym myślą do wczoraj, do czasu sprzed miesiąca, roku i nie wybiegającym myślą zbyt daleko w przyszłość.
Dotknąć miękkiego liścia szałwii, napić się kropli rosy, wypełnić źrenice błękitem nieba, uszy – szumem drzew i śpiewem ptaków, przyłożyć czoło do pnia sosny, oddychać jej żywicznym zapachem, stanąć bosymi stopami na mchu, pozwolić mrówkom łaskotać nas w palce, zauważyć każdy uśmiech, który przyfrunął do nas jak motyl, każde dobre wypowiedziane lub napisane słowo, każdy przyjazny gest, spojrzenie…
I nazwać to wszystko cudem, darmo danym prezentem. Specjalnie dla mnie. Z okazji kolejnego dnia mojego życia. Po prostu. Wszystko to jest posłańcem, wysłanym przez króla gońcem, który ma nam do przekazania tylko to jedno: kocham cię.
Gdy serce nauczy się rozpoznawać wszystkie te szepty i tchnienia, subtelne drobiazgi rozsypane wokół, samo przemienia się w lampę. Tę dla innych – pogrążonych jeszcze w mroku, ale też tę, która oświetli nam drogę, gdy sami będziemy szli ciemną doliną.
A będziemy. To pewne. Ciemne doliny regularnie przecinają nasze życiowe ścieżki. Wtedy światełko na dnie serca przydaje się najbardziej.
🌱🌱🌱
I to jest kolejny krok. Potężny skok, podobny skokom w przepaść.
Bo nawet wśród najzawziętszego sztormu, światełko migocze i przypomina, że wszystko jest darem, za który trzeba dziękować.
Noce i zimy, mrozy, sztormy, rwące rzeki, ulewa i grad, choroby… Wszystko jest darem. Trudno to dostrzec, gdy akurat walczysz ze sztormem, który rwie twoje żagle lub słaniasz się na nogach, idąc przez spaloną słońcem pustynię, gdy masz spalone pragnieniem usta lub z podciętymi nogami leżysz w błocie. Ale wystarczy wtedy po prostu wiernie trwać przy świetle lampki, którą masz w sercu. Nie złorzeczyć, nie przeklinać.
Przyjdzie czas, gdy trudne doświadczenia odejdą, a potem czas, gdy odkryjesz, że były – podobnie jak kwiat, kora drzewa, liść czy ptak – darem. Tyle, że innym i bardziej wymagającym. Przyjdzie ten dzień, gdy powiesz: „dziękuję”, bo zobaczysz jak wielkie owoce zrodziły się w ciemności, bólu i zimnie.
Owoce, które dojrzewają tylko w takich warunkach.
🌱🌱🌱
Jest też ostatni krok, najtrudniejszy, heroiczny prawie. Dziękować, gdy sztorm jeszcze trwa, gdy cierpiernie rozrywa ciało, skały pękają pod stopami i nie widać końca nocy. Wbrew uczuciom trwogi, wbrew pokusom zwątpienia, podszeptom, że to nie ma sensu.
Być wdzięcznym nawet za to.
To ostatnia lekcja wdzięczności.
🌱