wianek

 

Ostatnio piszę opowiadania. Pojawiają się same, nieoczekiwanie wyrastają mi w głowie i dotąd tam kiełkują, aż przebiją się przez wszystkie moje opory i niechęci i ostatecznie wylewają w postaci równych rządków literek pisanych w notatniku mojego telefonu.

Tak, telefonu:) Bo ja już naprawdę rzadko piszę cokolwiek na komputerze. Od lat wszystko piszę w notatniku mojej komórki.

Więc oto jedno z opowiadań, wyklute zupełnie niedawno podczas mojego popołudniowego spaceru po podwórku.

*  *  *

Wianek

Krzew berberysu rósł sobie przy pewnej piaszczystej drodze wiodącej do dużego. miasta położonego na wzgórzu. Droga była uczęszczana i zwykle roiła się od ludzi i zwierząt, ale nikt nie podchodził do kłującego nieprzyjemnie krzewu.
Raz tylko jakiś niemądry osioł, umknąwszy uwadze swego właściciela i skuszony zielonymi listkami, podszedł do berberysu i chciwie złapał zębami najbliższą gałązkę. I już w następnej chwili odskoczył w bok jak oparzony, bo w pysk wbiły mu się malutkie, dotkliwie kłujące ciernie.
Osioł z bólu zacżąl ryczeć i wierzgać nogami, a jego pan tylko się roześmiał i zakpił:
– Oj, ty glupi ośle. Kto to widział jeść betberys. Przecież każdy wie, że jego trzeba omijać z daleka.
Słysząc to, berberys bardzo się zasmucił. Zapamiętał sobie te słowa i nieraz jeszcze powtarzał je sobie, gdy skrzydlate ptaki siadały na wszystkich okolicznych drzewach i nawet najmniejszych krzewach, a jego gałązki zawsze omijały. Nawet niezbyt rozgarnięte motyle, fruwające to tu, to tam, nigdy nie zbliżały się do krzewu.
Pewnie dlatego, że berberys, choć kwitł na wiosnę, jego kwiaty były małe i niepozorne i nikt, dosłownie nikt ich nie dostrzegał, choć krzew prężył dumnie gałązki.
Berberys patrzył czasem z zazdrością jak przybiegaly z miasta dziewczynki, zrywały kwiaty i pletły sobie wianki na głowy, albo brały całe naręcza gałązek innych krzewów i robiły z nich pachnące kolorowe bukiety. Widział też kiedyś jak pewien młody chłopak urwał piękny różowy kwiat migdałowca i włożył swojej ukochanej we włosy.
– Ciebie nikt nigdy nie dotknie – pysznił się migdałowiec – Nikt nie włoży na głowę wianka z twoich patyków.
– Ach – wzdychał tylko krzew berberysu i coraz bardziej zamykał się w sobie, twardniał i zbroił w coraz bardziej kłujące kolce.
Ale oto pewnego poranka berberys usłyszał najpierw chrzęst metalu i potem ujrzał kurz unoszący się spod stóp kolumny ludzi. Drogą przechodzili żolnierze.
Nagle jeden z nich zatrzymał się i krzyknąl do pozostalych:
– O, to będzie dobre – po czym swoją uzbrojoną dlonią zaczął naginać i obłamywać gałęzie berberysu. Suchy trzask rozległ się wokół, dotkliwy ból przeszył ciało krzewu. Ale berberys nie martwił się tym, bo tylko jedna myśl zaprzątała mu głowę:
„Nareszcie! Ktoś go dostrzegł. Ktoś powiedział o nim, że jest dobry. Ktoś zrywał jego gałązki!”
– Pewnie zrobią ze mnie bukiet i wsadzą do wazonu. – myślał podekscytowany – Albo ten młody żolnierz zaniesie moje gałązki swojej dziewczynie – marzył niesiony w ubranej w metalową rękawicę dłoni.
Ku swemu zdumieniu i rozczarowaniu nie trafił jednak na stół i nikt go nie wstawił do pięknego wazonu. Rzucono go w kąt na małym placu wyłożonym kamienną posadzką. Jakby był śmieciem. Tak się właśnie poczuł.
Znowu czarne myśli przyleciały jak stado kruków. Ale na krótko, na bardzo krótko, bo oto znowu inne dlonie w metalowym rękawicach zaczęły go zginać boleśnie i splatać w koło.
Gdzieś na dnie wspomnień odszukał obraz wianków, które dzieci wiły z kwiatów i wkładały sobie na głowy ze śmiechem.
– A więc będę wiankiem – ucieszył się zaskoczony i oto rzeczywiście został włożony na czyjąś głowę.
Ktoś się śmiał. Jak tamte dzieci.
– Witaj królu żydowski – krzyczał.
Ale w tym śmiechu nie było radości, lecz drwina.
Berberys zadrżał, a potem usłyszał cichutki jęk i po jego gałązkach popłynęły czerwone jak sok z granatu krople. Zalśniły w słońcu i zastygały na kolcach. Jego własnych kolcach, purpurowe jak rubiny.
– Co to? Co się stało? – zapytał niespokojnie krzew.
* * *
– Ale jesteś piękny – usłyszał nagle pełen zachwytu głos. Głos pochodził jakby z wnętrza ziemi, odległy i wyraźny jednocześnie.
Obudził się.
Znowu rósł przy piaszczystej drodze. Tym razem była pusta. Przyjrzał się swoim gałązkom i nie mógł uwierzyć. Cały był obwieszony błyszczącymi czerwonymi koralami. Wokół tańczyły motyle i – choć nadal miał kolce – wcale się go nie bały. Ptaki przylatywały i jeden po drugim zrywały czerwone owoce.
– Jesteś piękny – uslyszał znowu łagodny głos.
I wtedy Go zobaczył.
W dużych błękitnych oczach było tyle uśmiechu. I tyle miłości.
– Kim … – chciał zapytać berberys, lecz nie dokończył, bo ponad uśmiechniętymi niebieskimi oczami, na czole ujrzał ślady po kolcach i czerwone jak rubiny krople krwi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *