Nie pisałam o tym, bo nie po to jest to miejsce.
Nigdy nie chciałam, by mój blog stał się księgą skarg i zażaleń na życie:)
Mimo to niektórzy z Was dowiedzieli się. Jedni otoczyli mnie modlitwą, inni wsparli poradami, konkretną pomocą. Za wszystko Wam bardzo dziękuję.
Wciąż i wciąż ze zdumieniem niemowlęcia odkrywającego świat, przekonuję się jak dobrzy są ludzie. Jak dobrzy jesteście.

* * *
Od trzech miesięcy choruję na dziwną chorobę, która przypomina zapalenie pęcherza i mimo wielu leków i badań wciąż nie wiadomo co to jest ani jak to leczyć.
Ból o różnym natężeniu stał się niemal nieodłącznym twarzyszem. Tak wrósł we mnie, że stał się jakby integralną częścią mnie i mojego życia. Jest już kawałkiem mojego ciała, jak ręka czy noga.
Nauczyłam się z nim żyć prawie normalnie, śmiać się, rozmawiać, pracować. Odganiać obawę i lęki z serca jak się odgania natarczywe komary z twarzy.
Kiedy patrzyłam na chorą Ewę i jej werwę do życia, nie wierzyłam, że można to pogodzić. Teraz wiem, że można.
Ból i radość życia.

Można je wziąć pod ręce jak dwie znajome i spacerować ścieżkami codzienności.
* * *
Czy sądziłaś kiedyś Rut, że nadejdą takie dni i wieczory? Że życie może być jednocześnie gorzkie i słodkie? Intensywnie i w równych proporcjach? Jak gorzka czekolada.

Z odrobiną chili.

Rut, jestem. Dobrze, że napisałaś.
Pamiętam ++
Rozumiem Cię… Żyję z bólem od stycznia i też nie wiem, na czym się skończy. Przytulam!
Rutt,otulam modlitwą.
Dobrze, że napisałaś. Z pamięcią…