chaotyczny rachunek

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Jak przy każdym weselu czas zrobić rachunek zysków i
strat.

Miło było spotkać się wreszcie w kompletnym komplecie, a
nawet z bonusem w postaci kotki Czesi należącej do Maxa. Kotka przyjechała aż z
Pomorza, po czym wpadła w wir przygotowań i tłum ludzi ( bo jako rodzina już
niezły tłum stanowimy, samego narybku osiem sztuk było), więc źrenice z
przerażenia rozszerzyły się jej do granic możliwości i takie już pozostały aż
do końca wizyty. My zaś, mimo niesprzyjających okoliczności typu braki łóżek,
zmienna pogoda, deficyty ciepłej wody i naczyń wszelakiego kalibru, mogliśmy
wreszcie spotkać się, pogadać bez reżimu upływających darmowych minut, pośmiać,
poczuć, że – choć rozsiani szerokim gestem po kraju – jesteśmy bliscy.

Kto wie kiedy następnym razem równie sprzyjające wiatry
przywieją nas w jedno miejsce o jednym czasie.

Może na ślub Maxa? Choć Amelia usilnie doradzała mu wzięcie
go po cichu i bez  rodzinnych zlotów.
Tylko to jednak nie ma takiego uroku, a każdy moment graniczny w naszym życiu
powinien mieć jakąś oprawę. Niekoniecznie wystawną ucztę. Może raczej chodzi o
wianuszek bliskich zgromadzonych wokół, może raczej o wspólny śmiech, o dobre życzenia.
Pewnie, że można pójść w dżinsach do USC 
i zarejestrować w pięć minut związek, a później zjeść z tej okazji
burgera w Mc Donaldzie. Tylko czy wtedy poczujesz się inny, a twoje życie
odmienione? A o to właśnie chodzi. O zmianę, która zaszła, o to, by ją poczuć,
wyryć w pamięci i sercu. Po to człowiek od zarania świata świętował, tworzył
rytuały, oprawiał ważne wydarzenia w kruszec obrzędów i niezwykłości.

Dużo dobrych rzeczy się wydarzyło.

Zadzwonił telefon i Kora dostała wymarzoną pracę, o którą
starała się od miesięcy. Aż oczy się wszystkim zaszkliły z radości, że oto
ciężkie czasy ma za sobą.

Przyszedł list i Rut wygrała kuty stolik kawowy do swego
ogrodu na działce. Och, już marzymy o chwili, gdy usiądziemy przy nim we dwoje
na patio i poczujemy aromat unoszący się z filiżanek.

Nusia tradycyjnie podbijała serca wszystkich znajomych i
nieznajomych.

– Przyjadę do ciebie – zaoferowała bez ogródek ojcu pana
młodego, a ten chodził potem i opowiadał wszystkim ze śmiechem jakiego będzie
miał gościa.

Zyskaliśmy więc nową rodzinę, odnowiliśmy stare więzy.

Ale i straty były. Jak zawsze, gdy tajfun wydarzeń porwie wszystkich.

Do dziś nie wiemy na jakim świecie jest część zastawy
stołowej. Prawdopodobne, że Charon przewiózł niektóre talerze i półmiski do
Krainy Wiecznego Milczenia.

Były też straty w ludziach…

Dusio się przeziębił, bo pogoda prześcigała samą siebie, by nam
udowodnić jak może być zmienną pod koniec maja.

A Nusia… tu jest najsmutniejsza część tej chaotycznej
opowieści o weselu.

Nusia i pan młody przez nieuwagę Rut poparzyli sobie nogi
wylewając na siebie kubek gorącej kawy:( 
Pan młody – Artur – z uwagi na fakt, że ma nieco grubszą skórę i był pod
spodem – obrażenia ma niezbyt dotkliwe. Nusia zaś, która siedziała w swej
ulubionej pozycji, czyli na kolanach u nowego wujka, ma na nóżce oparzenia I i
II stopnia, czyli duże bolesne bąble. Na szczęście Opatrzność , prócz nieuwagi
( być może spowodowanej zmęczeniem) wyposażyła nas również w refleks, więc
oparzenia zostały szybko wsadzone pod lodowaty prysznic i równie szybko
zaordynowano maść i opatrunek polecone przez Amelię, która – także dzięki
łaskawej Opatrzności – jest pielęgniarką i na co dzień zajmuje się podobnymi
przypadkami. Szczęście w nieszczęściu.

A jeśli dobrych stron szukać jeszcze uporczywiej to –
powinnam już wrócić do pracy, ale nie wracam, bo lekarz dał mi opiekę na Nusię
i jej nóżkę.

Nusia jest bardzo dzielna, daje sobie zmieniać opatrunki i
nie płacze. Wspomina tylko o nagrodzie za odwagę, czyli wymarzonym diademie
księżniczki.

Choć ostatnio wersja się zmieniała:

– Poprosiłam Pana Boga – zwierza się pacjentka – żeby to
krasnoludki dały mi diadem na Dzień Dziecka, żebyście wy nie musieli wydawać
ciągle pieniążków.

Cała Nusia:)

A nóżka do wesela się zagoi.

Tylko do czyjego wesela? Maxa? Kory? A może najmłodszego
Leosia? Czas obstawiać zakłady i dokupić naczyń:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *