Piórko choruje. Wymęczone gorączką, kaszlem i katarem szybko zasypia.
Nic nie zakłóca wieczornego spokoju.
Spokojnie oglądnęliśmy sobie odcinek „M jak miłość”. Czasem oglądamy, choć bez przymusu wewnętrznego. Taka trochę sentymentalna rodzinna tradycja. Jeszcze mój tata był zdrowy, gdy zasiadaliśmy całą familią i oglądaliśmy ten film. Potem wyszłam za mąż, urodziła się Ala, Dusio, tato zachorował, a my co wieczór siadaliśmy i patrzyliśmy w ekran. Czasem nawet przemknął mu w trakcie uśmiech po przeźroczystej , zmęczonej twarzy.
Oglądamy więc spokojnie losy bohaterów, raczymy się kawowym likierem.
Film się kończy, a ja czuję jakiś dziwny niepokój. Wyczuwam czające się metafizyczne zło czyli „brak”.
Czego mi brak? – śledzę pogmatwane ścieżki wewnętrzne, gmeram w ego, super ego, schodzę schodami do id.
Coś jest nie tak. Wiem to na pewno.
– Mamo, przyjdziesz do mnie? – szepczę w końcu sama do siebie.
Mężulek patrzy, śmieje się i przyłącza do gry:
– Mogę poczytać? – wygłasza cowieczorną kwestię najstarszej córki
– Chce mi się siku, a się boję. – dodaję coraz bardziej rozbawiona. To oczywiście mała Nusia.
– Chce mi się spać, a Ala pali światło.
– Boli mnie brzuch, a nie chce mi się kupy.
– Mogę do was przyjść?
No i finalne popisowe Nusine zagranie na dobranoc.
Zawsze wtedy, gdy właśnie, właśnie nogi odtajały ci pod kołdrą i jesteś gotów zapłacić każde pieniądze, by nie musieć już nigdzie spod niej wychodzić:
– Przyniesiesz mi pić?
Nie sądziłam, że takich rzeczy może brakować.
A jednak.
Brak dobra jest złem metafizycznym.
Brak nogi u krzesła.
Brak wieczornych dziecięcych rytuałów.
Niedocenione dobra zauważa się dopiero, gdy ich brak.
