Ta wiosna jest jak film przewijany zbyt szybko.
Nie nadążam nacieszyć się urokiem kwiatów, nie dam rady ścigać się z trawą rosnącą jak na drożdżach, przegapiam kwitnące kasztanowce, nie mam czasu na zachwyty nad listkami i kiełkami z wolna wykluwającymi się z brunatnych gałązek i grud ziemi.
Wszystko co kiedyś trwało kilka dni, tej wiosny trwa niemalże ułamek sekundy.
Jakby czas, obłaskawiony rumak, nagle zerwał wędzidło i poniósł .
Jednego dnia tulipany napęczniały zielonymi pąkami, drugiego zakwitły, a trzeciego ich płatki wyglądały już jak znoszone suknie balowe sprzed wielu sezonów. Czwartego – już ich nie było.
Tawułę – fontannę widziałam rozkwitłą tylko przez moment. Przezornie uwieczniłam go aparatem, bo wyjeżdżaliśmy na trzy majowe dni. Po powrocie było po wszystkim.
Sasanka roześmiała się pięcioma kwiatami o życiu krótkim jednodniowym.
Tylko bez staroświecki, pachnący jak wonności Arabii uparł się i liliowo kołysze się na wietrze od tygodnia.
Wszystko pozostałe kruche, ulotne, przemijające …
I nie sposób odpędzić frazy błąkającej się po głowie:
„Dni człowieka są jak trawa. Kwitnie jak kwiat na polu: ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie pamięta…”.
Ona równie dobrze pasuje do wiosny, jak i do jesieni,więc…
… spacerowałam ostatnio po cmentarzu.
Dziwnie uspokaja mnie to miejsce. Koi, wycisza, godzi ze światem, z ludźmi i ze sobą. Leczy z pośpiechu, powierzchowności, mrzonek, strachu.
Pamiętam, że umrę.
