Stosujemy co-nieco zdrowego żywienia.
Ja – ze względów zdrowotnych – trochę więcej niż co-nieco. Jeszcze więcej zaś Misiowa siostra Ella, która jest poważnie chora i odpowiednia dieta to dla niej kwestia prawie z dziedziny: być albo nie być.
To od niej mamy kilka wytycznych wyznaczających szlak ścieżki zdrowia. Na przykład, by dzień rozpoczynać od szklanki wody z sokiem z cytryny lub by zarzucić staropolski zwyczaj kraszenia gorącej herbaty cytryną, bo wytrącają się wówczas trujące związki glinu.
Czasem jednak, w przypływie nagłego szaleństwa, zbaczamy z naszej ścieżki i kupujemy np. krem do tortu z torebki. Bo „raz się żyje, a potem się umiera”:)
Okazja była – a jakże – dość uroczysta i wymagająca szlachetnej oprawy, gdyż obchodziliśmy urodzinki Laurki. Czwarte.
Biedronka cukrowa do dekoracji ciasta szczerzyła się w uśmiechu, a firma, która wyprodukowała gotowy krem truskawkowy miała nazwę na : „Cy…”
– Cykuta? – zażartowała szpetnie Alusia.
– Patrząc na skład, to bym się nawet nie zdziwiła. – zauważyłam znad frapującej lektury odwrotnej strony opakowania.
– To cykutą otruli Sokratesa, prawda? – chciała się upewnić Ala.
– Uhm. – mruknęłam wciąż pochłonięta czytaniem.
Tu wtrącił się Dusio, największy krytyk zdrowego żywienia:
– Tak? – rzucił wątpiąco znad talerza wypełnionego podsmażoną na rumiano i jakże niezdrową kiełbasą – A myślałem, że Sokratesa otruli herbatą z cytryną. – dodał głosem ociekającym nastoletnią ironią:)
Po raz kolejny przekonuję się jakim skarbem są dzieci. To one niezawodnie przypomną nam, że we wszystkim trzeba trzymać dystans, bo jego brak grozi kraksą. Może nawet gorszą niż karambol na trasie szybkiego ruchu.
Bo co nam ze zdrowia ciała, jeśli stracimy zdrowy rozsądek:)
