Siedzimy z mężulkiem przy kuchennym stole. Czytam książkę kątem oka. Ukradkiem między wersami rozmawiamy.
Wchodzi nasz syn. Staje przy blacie, bierze łyk herbaty i mówi:
– Mam zły dzień. Nic mi dziś nie wychodzi. Pociesza mnie tylko jedno – wymyśliłem nowy wynalazek.
Od razu podnoszę wzrok znad książki.
Już dawno nie słyszałam tak mocnej esencji słów. Trzy krótkie zdania, a tyle treści. Bez opatrunków z bawełny, bez półtonów i rozcieńczania czerni i bieli. Zawiesistość godna dobrego sosu, takiego co to w nim łyżka staje. Prostota określeń, synteza do absolutnego minimum.
Spośród nas tylko nasz syn potrafi tego dokonać. W jednej wypowiedzi dotknąć dna i odbiwszy się wyskoczyć nad wodę jak delfin.
W chwilę potem kreśli na kartce swój projekt, przenosząc go ze świata wyobraźni w rzeczywistość kuchni, stołu z obrusem w kratę i brzoskwiniowego światła spływającego z góry.
– Tak, to możliwe. – recenzuje mężulek przychylnie.
Błysk satysfakcji jak flesz na chwilę rozświetla twarz chłopca.
I dzień uratowany:)
Jaki piękny syn mi się przytrafił.
