Przecierając umywalkę, spojrzała w wielkie lustro nad nią. Było upstrzone przez muchy i kropeczki z pasty do zębów, ale nie to przykuło jej uwagę.
Lecz jej brwi, jak skrzydła popielatej ważki. A jedno z nich przecięte. Przesunęla palcem po tej starej bliźnie i od razu w głowie odrodziło się tamto lato, gdy jako mała dziewczynka bawiła się z młodszą siostrą w ciuciu – babkę. Zamknęła oczy i z wyciągniętymi przed siebie rękoma szła słonecznym podwórkiem żeby złapać siostrę. I wtedy to się stało. Na chwilę, dosłownie na chwilę opuściła ręce, które miały ostrzegać przed przeszkodami na drodze. Metalowe przęsło bramy i ciepła strużka krwi spływająca ze skroni w dół po policzku.
Jeszcze raz przesunęła palcem po tym miejscu.
Uśmiechnęła się do lustra.
To nic. Zupełnie nic.
Przecież miała blizny o wiele większe i tak głęboko ukryte, że nie dałoby się ich ugłaskać dłonią. A jednak żyła, pomimo nich, a może też trochę dzięki nim. Bo choć ona ich przygładzić nie mogła, był Ktoś, Kto docierał do każdej i zalewał oliwą, by nie krwawiły na wieki.
Czasem idziemy po omacku – jak dzieci grające w ciuciu-babkę… Czasem opuszczamy gardę, bo nie sposób iść całe życie, wciąż się asekurując… Czasem trzeba zaryzykować… Czasem zderzyć się z twardym murem, przęsłem bramy, obojętnością drugiego człowieka…
Ale to nic, zupelnie nic. To jest już wliczone w rachunek zwany życiem.
Ktoś inny zapłacił należność. Z nawiązką.
