Opowiadam koleżankom w pracy jak dziś rozmawiałam z przedszkolakami o niebie.
– Powiedziałam im, że Pan Jezus poszedł przygotować nam wszystkim mieszkanka. I że ja umrę pierwsza, bo jestem najstarsza, więc umawiamy się, że jak oni przyjdą do nieba, to ja już będę tam na nich czekać. I wtedy wszystkie zaczęły krzyczeć, że kochają Jezusa i JUŻ chcą iść do nieba – kończę, śmiejąc się.
– Tak z nimi rozmawiasz? – zdumiewa się Ania – Aż sama nabrałam ochoty, żeby tam pójść – śmieje się.
Przecież po to jesteśmy – żeby nawzajem dodawać sobie ochoty na niebo:)
A to nawet łatwiejsze, niż zrobić komuś „smaka” na tort;)

Św. Teresie z Lisieux zdarzało się w dzieciństwie życzyć rodzicom rychłej śmierci… tak bardzo życzyła im wszystkiego najlepszego! Teraz, pisząc książkę o niej (dla starszych dzieci i dzieci do lat stu) zastanawiam się, czy dotknąć tego drobiażdżku. Z jednej strony jest cudny, z drugiej, w dzisiejszym świecie braku miłości do życia (tego życia tu i teraz też), obawiam się, czy nie zostałoby to skojarzone z jakimś eskapizmem, chorym odrzucaniem doczesności jako niewiele wartej. A tego bym nie chciała. Może ktoś napisze, co o tym myśli?
Tak, tu ważny jest kontekst. Bo to inaczej brzmi gdy ktoś jest przyjacielem, inaczej gdy jest wrogiem, inaczej gdy ktoś jest młody, zdrowy i bogaty, a inaczej gdy ktoś jest stary, schorowany i biedny.
Ja też mam taki dylemat, jak podejść do opisu spotkania Jezusa z Samarytanką. Bo kiedyś rozwód spotykał się z ostracyzmem, a dzisiaj ludzie rozczytują się w mydlanych operach, albo śledzą życie celebrytów, a tam ludzie rozwodzą się po 10 razy w poszukiwaniu Miłości Życia.
Dzisiaj Rafale, mydlana opera stała się już naszą rzeczywistością. Wśród moich znajomych rozwód za rozwodem. Sypie się wszystko jak domki z kart.
Co do Samarytanki, to warto innym (jeśli mają czas i cierpliwość, by posłuchać, hmm…) uświadamiać, że jej sytuacja nie miała nic wspólnego z dzisiejszym skakaniem z kwiatka na kwiatek. To z nią się rozwodzono… To była jej życiowa tragedia, wynikająca z decyzji mężczyzn.
O, tak, ja też chcę. Chcę i to już.
Rut, a ja z innej beczki. Właśnie skończyłam słuchać książkę „Rut. Kobieta miłości” F. Rivers. Czy to od tej biblijnej postaci zaczerpnęłaś inspirację na pseudonim? To taka piękna historia.
Tak, to jedna z moich ulubionych postaci biblijnych. Wierna aż do bólu. Pra pra prapra…babka Jezusa.
Piękną patronkę sobie wybrałaś:)
Wiesz, ja myślę, że to raczej ona mnie wybrała żeby mnie prowadzić.