Orwell jakiego nie znałam

 

Co robię, gdy nie piszę?

Wstaję rano, sypię kotom karmę na patio i na tarasiku oddzielnie dla Late, piję kawę, rozmawiam z mężem, nastawiam pranie ( u nas prawie zawsze coś jest do prania:), potem dopiero się przebieram, podlewam kwiaty. Śniadanie jem jakoś w międzyczasie, lub – zapominając o nim – dopiero po tych wszystkich porannych rytuałach. Zaraz potem zaczynam gotować obiad, we wspomnianym już „międzyczasie” rozwieszając pranie, zdejmując wczorajsze, wymieniając bukiety w wazonach. Zawsze coś sobie znajdę na ten „międzyczas”, gdy zupa się gotuje lub coś dochodzi w piekarniku czy skwierczy na patelni. Na taki międzyczas dobre jest np. przetarcie umywalki, wytrzepanie dywanika, uprasowanie nowego obrusa na stół, oberwanie suchych listków z draceny, zacerowanie firanki, odpisanie na maila. W międzyczasie można też wypić drugą kawę z mężem lub zupełnie samotnie i usiłować po wielokroć obudzić dzieci, wędrując na poddasze. Przy okazji zaś poddasza zajść na taras i podlać pelargonie i zwisające truskawki, które zwisają ładnie, ale uporczywnie nie kwitną i nie owocują już drugi rok:) A schodząc z poddasza, zabrać stamtąd kosz z praniem i wtedy zdecydować czy będzie dziś jeszcze jedna pralka;)

Tymczasem w kuchni czasem zupa wykipi, albo któryś z kotów wejdzie do domu, czego stanowczo robić im u nas nie wolno:)

A reszta dnia jest podobna. Mnóstwo różnych drobnych zajęć, a to w domu, a to na podwórku, w ogródkach, na patio. Wędrowanie tu i tam, robienie tego i owego, krzątanina, odpoczynek, różaniec, malowanie, czytanie, słuchanie muzyki, posiłki, krótkie rowerowe wycieczki z Lalcią i spacery po bukiety polne z Alą. Czasem wyjazd na zakupy do miasta, do kogoś w odwiedziny lub na mszę.

Zwyczajne, spokojne życie, mające w sobie coś z porządkującej wszystko rutyny i wyciszających rytuałów, ale też niosące wiele niespodzianek i nowości dodających barw dniom.

Pewnie dlatego i z wielu jeszcze innych powodów np. z racji sielskiej wiejskości i mnogości wymienionych tam gatunków roślin, spodobało mi się czytanie „Dziennika z folwarku” Orwella.

Nie, nie znanego wszystkim „Folwarku zwierzęcego”, lecz jego prywatnych zapisków z życia i pracy na farmie.

Pewnie niejednego czytacza przysłowiowy „szlag” by trafił już przy dziesiątej notatce z dnia wypełnionego sadzeniem fasoli, plewieniem grządek i zbieraniem jajek, które George uskuteczniał na co dzień, skrupulatnie wymieniając ilość sztuk, sadzonek, funtów i jardów; lecz mnie to bawi i wycisza.

To zupełnie tak samo jak jednych deneruje cykanie zegara, a mnie ten dźwięk uspokaja i nadaje rytm życiu.

Lecz żebyście mieli próbkę i sami mogli ocenić czy należycie do pierwszej czy drugiej grupy, zaserwuję parę cytatów.

 

21.4.39

Ładnie & ciepło przez cały dzień. Bardzo sucho. Chyba widziałem dziś pierwszy pęd powoju. Wyciąłem trochę pokrzyw, żeby zobaczyć rezultaty. Podobno można pozbyć się tego zielska, wycinając ją 3 albo 4 razy w roku.

Wysiałem: brokuły, kapustę włoską, pory, brukselkę, sałatę rzymską. 13 jaj.

 

22.4.39

Gdzieniegdzie kwiaty na jabłoniach duże& w pełni rozkwitłe.

Posadziłem wczesne ziemniaki ( gatunek „Eclipse”, około 10 funtów).

Zdobyłem dwie kwoki, jednak nasadzę je na jaja dopiero jutro, żeby mieć absolutną pewność.

Za te kury zapłaciłem po 3 szylingi i sześć pensów od sztuki.

Kurki wodne na sadzawce raczej na pewno mają gniazdo.

12 jaj.

 

26.7.39

Ładnie&ciepło. Zakończyłem układanie siana, starałem się robić to jak najlepiej, ale wyszło niezbyt dobrze. Jednak jest to praca na inny czas, gdy będzie więcej siana. Stóg ma wymiary mniej więcej 6 na 8 stóp, a w najwyższym punkcie 5 stóp. Okopywałem kapustę & rzepę, które pięknie wyrosły.

31.7.39

Przez większość dnia pochmurno, około południa lało przelotnie, lecz obficie, a także burza. Plewiłen cebulę. Pikowałem 35 goździków. (…) Jedna z malw, która teraz zakwita, jest biała. Tak więc z ciemnych nasion są 4 kolory ( ciemnoczerwony, jasnoczerwony, bladoróżowy, biały).

17.4.40

W nocy mroźno. Dziś od rana bezwietrznie, słonecznie& w miarę ciepło. Ścinałem trawę, usunąłem najgorsze mniszki itd., wysiałem nieco pnącej nastrucji, przygotowałem kilka stanowisk pod dzierotkę itd.

Zauważyłem, że sproszkowany tytoń niezbyt odstrasza wróble od wygrzebywania nasion. Drozd z białą plamką na główce stałe krąży tu i tam po ogrodzie. Gdy potrafi się rozpoznawać ptaki, można się przekonać, że każdy z nich trzepocze skrzydłami na swój własny indywidualny sposób& że w określonych miejscach widuje się te same osobniki.

16 jaj. Sprzedałem 50 po 3 szylingi za dwudziestkę.

 

I tak co dnia:)

Czytałam ten dziennik aż do pierwszej w nocy. Już dawno żadna lektura tak mnie nie wciagnęła.

 

Dodam jeszcze, że fascynuje mnie facet, który nie dość, że zna setki nazw kwiatów ogrodowych i dzikich, to jeszcze zapisuje w swoim notatniku: „zakwitł jeden goździk brodaty”. Cudne!

* * *

I w pewnym momencie, gdy to czytasz, może się w głowie pojawić podejrzliwe pytanie: Czy warto? Czy warto pisać o tym wszystkim? O drobnych pracach, odkryciach, przemyśleniach codzienności. O pogodzie, chłodzie i słońcu, deszczach, mgłach jesiennych, szronie, mrozach. O dzikich królikach, myszach, kurach, chorej kozie, kukułkach, wodnych ślimakach, traszkach i kijankach, którym rosną ogonki. O robieniu dżemu z jeżyn i galaretki jabłkowej, rozmrażaniu rur zimą, rozkruszaniu obornika i robieniu kompostu z liści bukowych, choć lepszy jest z dębu. O obluzowanych drzwiczkach do kurnika, złamanym trzonku szpadla, karmie dla kurcząt, dziwnym grzybie, który wyrósł na drewnianym słupku.

Czy warto?

A potem przychodzi bardzo szybko odpowiedź.

Tak, warto.

Bo to wszystko składa się na nasze życie, w całej jego pięknej prostocie, powtarzalności i celowości. Wszystko ma sens. I nasza wieloletnia walka z gliniastą jałową ziemią i nasza radość, gdy stara jabłoń obrodzi.

Nasze małe upadki i zwycięstwa, nasze codzienne troski i radości. Z tego właśnie spleciony jest w dużej mierze ludzki los.

I świadomość, że nie trzeba, naprawdę nie trzeba dokonywać wielkich czynów i być znanym na całym świecie. Wystarczą rzeczy drobne, drobne kroczki, codzienne obowiązki, zwyczajne dni, proste radości, nieduże pieniądze.

To naprawdę wystarczy, by żyć w pełni.

 

 

szaty

 

Najbardziej wzruszające jest dotykanie bielizny kielichowej. Uprana, odświeżona, pachnąca, delikatna. Wieszam ją razem z koronkami i paroma komżami, które jeszcze mogą się przydać.

Puryfikaterze i korporały.

Dla kogoś innego te skrawki białego materiału z malutkim krzyżykiem na środku to zwykłe szmatki. Ale ja wiem do czego służyły. Że leżały po wielkoroć na kielichu, a potem wycierały do sucha jego wnętrze jeszcze pachnące Tobą, ciepłe od Twojej obecności.

To jak dotykać Ciebie. Twoich ubrań. Twojego całunu.

Prać Twoje szaty, rozwieszać, prasować z łagodnością ruchów Twojej Matki. Przytulić ukradkiem policzek do płótna.

Tak się karmi miłość.

* * *

Bo wierzyć w Ciebie to za mało, dużo za mało. Ciebie trzeba kochać. Wtedy to wszystko ma sens. Dopiero wtedy.

Kto tylko wierzy, nie wytrwa długo, jak nie wytrwały upadłe anioły. Wierzyły, lecz nie miłowały. Dlatego odeszły.

Kto nie kocha, prędzej czy później odejdzie. Jawnie lub skrycie oddali się.

Tylko ten kto kocha, zostanie.

A nawet, gdyby odszedł na chwilę, wróci.

 

 

odnajdywanie się

Siedzę przy otwartym tarasie i popijając w ciszy kawę, zwijam koronki.
Tak, piękne misterne, pachnące starością koronki.
Ksawery robił ostatnio porządki na poddaszu kościoła.
– Może chcecie? – zapytał – Stare kapy, obrusy, komże, koronki. Ja to wyrzucę, a wam może się przyda. Dziewczynki szyją i wyszywają, może wykorzystacie?
No i nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tym bardziej, że dostaliśmy też stary paschał i zapas świec na zimowe wieczory.
Wczoraj cały wieczór oglądaliśmy te skarby. A dziś jedna koronka już zawisła w okienku jako zazdroska, a resztę porządkuję, zwijając pracowicie.

*  *  *
– Dzień dobry – słyszę nagle początek rozmowy z drogi – Czy tędy na Kraków?
Chwila ciszy, pełnej konsternacji. Zagadnięty ( pewnie sąsiad Emil) musi być w ciężkim szoku.
– Tak, na Kraków – odpowiada w końcu nieco drżącym głosem.

Uśmiecham się figlarnie, zwijając kolejny motek koronki.

Nie jest łatwo, bo koronka jest cienka i od leżenia w worku ze stosem innych rzeczy splątała się. Trzeba ją najpierw rozprostować, a potem nawijac na palce dłoni. Wtedy dopiero widać cudny wzór.

– W zasadzie – myślę – Jak już tu dojechałeś, to każda droga powiedzie cię do Krakowa:)
Bo jak to mówią: „Gdzie Krym, a gdzie Rzym”.

*  *  *

Czasem tak w życiu bywa, że aż tak pomylimy drogi, że już każdy następny krok jest „odnajdywaniem się”. Czasem jest tak, że musimy dotrzeć na bezkresy, by dopiero stamtąd zawrócić.
Ilu świętych przemierzyło właśnie taką drogę.

A czasem – patrzę na koronkę w moich rękach – jest też tak, że sam sobie nie poradzisz, na trop nie wpadniesz i ktoś o czułych dłoniach musi cię wziąć i rozprostować jak misterną, piękną koronkę.

I wtedy dopiero widać jakim arcydziełem jesteś i jaki wzór nosisz na sobie, i że nie jesteś „splątany nie-do-rozplątania” – jak o sobie myślaleś i jak mawiali o tobie inni.

Ugładzony w czułych dłoniach.

Jak ja.

kolorowe wstążki

 

Jeszcze w oczach migają skrawki podróży podobne do kolorowych wstążek na wietrze. Tańczą wdzięcząc się, gdy tylko przymknę oczy.

Smugi pól pachnące mąką rozprażoną na słońcu, złote cebulki cerkiew na Podlasiu, tajemnicza półmroczna puszcza przetykana tu i ówdzie nitkami słońca, las krzyży na świętej górze Grabarce, niebieskie oczy jezior polskich i litewskich, posępne piękno żubrów, bocianie gniazda, zapach starych chat w skansenie, floksów w ogródkach Białowieży. Wszędzie krzyże, kapliczki, kościoły, mogiły, miejsca, gdzie ludzie chcą pamiętać o tym, co niewidoczne dla oczu, a warte pamiętania i miłości.

Rozległe puste połoniny Litwy, jej lasy, kręte dzikie rzeczki, jeziora nietknięte ludzką ręką, z rzadka ludzkie osady jak kępka grzybów, bardziej podobne do skansenu niż do żyjących siedlisk. Widok aż po horyzont. Aż serce rwie, by powtórzyć za Mickiewiczem:

„Że słyszałbym głos z Litwy. — Jedźmy, nikt nie woła!”

A potem Wilno, jego stare miasto, kręte piękne uliczki, czerwone dachówki, bruk, tu i tam ślady wojny jeszcze.

– O tu – mówi nasz gospodarz staruszek – na tej ścianie to wgniecenie to od pocisku niemieckiego. Ale ściana na metr gruba, nic jej nie ruszy. Dziś taki pocisk na wylot dom by przebił, a tej ściany nie da rady – śmieje się.

 

Tu, gdzie mieszkamy były kiedyś stajnie. Do pokoi i mieszkanek wchodzi się z uroczego małego dziedzińca, takie wewnętrzne patio. Podcienia, drewniane balkoniki, pnącza na ścianach, pelargonie, bruk. Starą bramę, przez którą tu wjechaliśmy staruszek zamyka na kołek. Część okien wychodzi na ulicę, a na poddaszu masz widok na morze starych dachów. Rano o 7:30 wszystkie dzwony w mieście dają koncert. Wyskakuję z łóżka i biegnę do okna nagrać ich brzmienie, podłoga ze starych klepek skrzypi przy każdym kroku, z ciemnego obrazu patrzy Matka karmiąca swego Synka. W czterogwiazdkowym hotelu nic z takich rzeczy nie znajdziesz:)

Dziewczynki mieszkają na dole. Na szerokim parapecie Ala pije kawę, patrząc na ukwiecone patio.

A potem trzy spacery, aż do zmroku. Póki nogi dają radę chodzić. Kościoły, wzgórze Giedymina, rzeka Wilija, kamienice, ikony zaglądające ci w głąb duszy, wszędzie znaki polskości i świętość przeszywająca wszystko na wskroś. Obraz Miłosiernego i Matka Ostrobramska.

– Jasna Góra i Ostra Brama – mówię Laurce – Dwa najświętsze miejsca dla Polaków.

„Zawsze nas broniłaś Matko – modlę się klęcząc przed Nią – obroń nas i teraz”.

A potem wymieniam wszystkich potrzebujących: chorych, smutnych, zaplątanych w życie jak w sieć pajęczą.

– Pomóż – proszę.

Ile razy to słyszałaś? Ile razy po polsku? Jesteś dla nas pierwsza po Bogu i ostatnia ucieczka nasza.

Kiedy zasypiam wplątają mi się w sen zasłyszane dźwięki i brzmienia.

Starsze kobiety odmawiające melodyjnie, z zaśpiewem Litanię do Krwi Chrystusa w kościele św. Teresy. Trzeba było dłużej posłuchać, by odkryć, że to ojczysta mowa. Zupełnie inny, nieco szorstki język litewski zasłuszany na uliczkach w tłumie. Szelest kartek przerzucanych w cerkwii, nocne bębnienie deszczu o szyby, koncert organowy w archikatedrze, gra na bębenkach ulicznego grajka. A na koniec szelest strumyka w Mereczu biegnącego radośnie jak dziecko po kamieniach w stronę Niemna. I Niemen, błękitna szeroka wstęga rzucona niedbale pomiędzy trawy.

– Na Niemen!!! Zapraszamy na Niemen! – przypominamy sobie kwestię z filmu.

Jest tak piękny, że aż dech zapiera. Obrazy filmowe nic nie przekłamywały.

Szumią opony auta, wracamy do Polski. Augustów, pomiędzy jeziorami. I jeszcze Sokółka, ostatni przystanek, by raz jeszcze przekonać się jak Chleb stał się Ciałem.

– Czwarty raz tu jesteśmy – przypomina mąż.

Tak, coś nas tu ciągnie. Jak magnes.

 

– Tysiąc pierwszy kilometr – mówi mąż, gdy prawie dojeżdżamy do domu.

Na tarasiku siedzi nasz syn i koty. Czekali.

Adaś nie chciał jechać, bo – jak stwierdził – chce trochę pobyć w domu.

Trochę szkoda, bo żadnymi słowami, filmami i zdjęciami nie można przekazać tego, co jak złoty piasek osiadło na dnie serca, myśli, wyobraźni.

– Ale może to i dobrze, że został – mówię do męża prawie zasypiając – bo nie mielibyśmy komu tak na gorąco wszystkiego opowiedzieć. A przecież gdy opowiadasz, przeżywasz wszystko jeszcze raz.

Jeszcze raz idziesz po bruku, jeszcze raz słuchasz pieśni, jeszcze raz czujesz zapach łąk nad rzeką, jeszcze raz patrzysz w oczy ikonom, jeszcze raz serce bije z zachwytu…

Dlatego Wam opowiadam:)

Póki w głowie wirują kolorowe wstążki napatrzenia, nasłuchania, nadotykania, naczucia.