* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Nusia jest w Grecji.
Jedna z wycieczek zawiodła ich do tzw. meteorów, czyli kompleksu starych klasztorów prawosławnych zbudowanych wysoko w górach.
Liczyłam na jakieś zdjęcia z ich wnętrza, lecz córka szybko ściągnęła mnie z obłoków.
– Nie mogłam zrobić zdjęć w środku – napisała – tylko to, co na zewnątrz można fotografować.
I dołączyła do relacji zdjęcia górskich szczytów i pracowni ikon. Piękne, ale…

* * *
Jest w tym jakiś nieziemski przekaz.
Możesz wejść, możesz dotknąć, ale zabierzesz tylko to, co zatrzymasz w oczach, co zachowasz w sercu. Nie pokażesz nikomu, nie udowodnisz, nie wyniesiesz namacalnych faktów, ani nie będziesz miał materialnych dowodów istnienia tego, czego doświadczyłeś.
Czy tak dzieje się tylko z greckimi meteorami?
Czy nie dokładnie te same prawa dotyczą sanktuarium naszego własnego serca, naszej własnej wiary, miłości, przeżyć.
Nikt nigdy nie pojmie i nie zrozumie co jest w środku nas samych. Moglibyśmy opowiadać o tym długo i barwnie, ale nie pokażemy zdjęć na dowód naszych słów.
Wyniesiesz tylko tyle, ile zmieścisz w oczach i sercu.
Tylko i aż tyle.
Misterium sanktuariów.
A każdy z nas jest jednym z nich.
Dotykalną tylko sercem tajemnicą.
* * *

Mam takie okulary z żółtymi szkiełkami. Profesjonalnie nazywa się je kondensacyjnymi.
Pomagają bardzo, gdy jeżdżę autem. Przy jesiennych szarugach, krótkich zimowych dniach, szarych, mglistych porankach, szybko zapadających nocach, ale także wtedy, gdy zbyt ostre słońce lub światła innych aut oślepiają moje oczy.
Drogi stają się bardziej wyraźne, niebezpieczne pobocza są widoczne, kształty i kolory pewne.
Nic nie mami, nic nie łudzi, nic nie rozprasza.
* * *
Ostatnio miałam parę takich tygodni, które można porównać do pięknej ścieżki wśród pól i łąk, raz po raz rzucającej pod stopy nowy cud. A to kwiatek uśmiechu, a to kamyk upominku, albo lśniącą jak diament kropelkę dobrego słowa.
Miło się szło i lekko.

Zapomniałam nawet trochę o regule, która stale pojawia się w życiu, że nawet takie ścieżki raz po raz są przecinane pasmami cienia.
Myślałam o tym wczorajszym rankiem, gdy jechałam pustą trasą. Szosa była cała w pasy: te jasne, lśniące od słonecznych promieni i te chłodne, ciemniejsze od cienia rzucanego przez przydrożne drzewa.
– Takie jest właśnie nasze życie – pomyślałam – Potrzebne nam i słońce i cień.
Ta myśl była jak proroctwo.
Dzień w pracy był wyjątkowo ciężki, usłany cierniami, nieprzyjemnymi sytuacjami. Gdy wróciłam do domu, ciemność opanowywała każdy zakątek serca. Ani rozmowa z mężem, ani malowanie, ani dobry obiad, ani praca fizyczna, ani kwiaty, ani lody, ani odpoczynek na leżaku nie pomagały.
Cały dzień, aż do końca upłynął już w smudze cienia. Noc okazała się jeszcze gorsza, bo gdy ustały wszelkie słowa, szumy i szelesty dnia, złe myśli jak stado os zaczęły kąsać i dręczyć.
Sztorm na pełnym morzu. Odmęt ciemności, która coraz bardziej wsysa.

* * *
– Wiesz co w końcu zrobiłam, kiedy już nie miałam kompletnie sił, by walczyć i żadnego pomysłu jak sobie z tym poradzić? – mówię mężowi rano.
– Co?
– Zaczęłam w myśli mówić: Zdrowaś Maryjo…, cały czas, raz po raz. – zdradzam sekret.
– I wtedy wszystko zaczęło się uciszać, słabnąć, odchodzić, a potem zasnęłam.
Mój mąż nie wiadomo dlaczego zaczyna się w tym momencie śmiać.
– Dlaczego się śmiejesz?
– Bo ty zasnęłaś, a przeszło na mnie – mówi – Obudziłem się nagle w środku nocy, zaczęła mnie boleć głowa, zmierzyłem ciśnienie, ale było książkowe. A ja nie mogłem nic poradzić, źle się czułem.
I wiesz co zrobiłem? – teraz on mi zadaje zagadkę.
– Nie wiem. Wyszedłeś na dwór?
– Nie – śmieje się – Zacząłem odmawiać Zdrowaś Maryjo… aż zasnąłem:)
Czasem zaczynam podejrzewać, że Bóg mnie i jego odlał z tej samej formy:)

* * *
Żółte okulary wiary.
Zawsze się przydadzą.
I wtedy, gdy mrok zalegnie wkoło ciężko i gdy blask zanadto drażni oczy.

Nie różowe, lecz żółte.