– Mamooo!!! – krzyczy Lalcia na całe gardło. Jej głosik przelatuje nad zieloną przestrzenią traw, szybuje między liśćmi i igłami drzew, przemyka zwinnie między skrzydłami rudzików, sikorek, zgrabnie omija sójkę rozbójniczkę i dociera do mego zakątka.
– Coooo!!! – odkrzykuję tą samą przetartą już drogą.
– Gdzie jesteeeeeś?
– W saaaadzie!!!
Lalcia zastyga niepewnie na patio. Do sadu raczej nie pójdzie, bo jest przekonana, że mieszka w nim lew.
– Hmmm. – zagaja do tatusia, który się właśnie pojawia obok – Mama jest w sadzie, a ja chciałam jej dać tego kwiatka.
I pokazuje pojedynczy kwiatek pelargonii, który spadł widocznie z balkonu nad głową. Śliczny kwiatek w kolorze fuksja. Szkoda nie dać go mamie. To pilna sprawa.
– Mamoooo!!! – ponawia więc swoje nawoływanie.
– Coooo!!!
– Chodź szybko!!!
I mama wstaje i wraca. Bo mamy takie są. Wraca tylko po to, by zachwycić się małym kwiatkiem z rąk córeczki.
I przypominają mi się Jego słowa : A jeśli wy dobrzy jesteście dla swoich dzieci i biegniecie rzucając wszystko, gdy one was głośno wołają, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, usłyszy i przebiegnie, gdy Go wezwiecie. Nawet gdyby to był drobiazg mały jak kwiatek pelargonii.

