Siedzę na leżaku. Słońce łasi się do mnie. W ręku przesuwam czerwone koraliki. Cicho zakrada się mój syn. Rozkłada stary koc tuż obok na trawie i kładzie się.

– Co tam mama? – zagaja jak to on.
Nic więcej nie mówi, ale ja słyszę więcej niż tylko te trzy słowa.
Wyciągam drugą dłoń i gładzę jego plecy.
Cicho.
Łagodne jesienne promienie ogrzewają ciało i myśli.
Czułość powoli ścieka z serca arterią opuszczonej ręki, spływa w prostym geście na syna.
Tak niewiele trzeba, by powiedzieć: kocham cię.
A my piszemy sonety.
