węgierskie urodziny z pnączami fioletu i zaspami bieli

 

Moje urodziny zmieniły się w triduum urodzinowe, a torty w cudowny sposób rozmnożyły się do trzech. Przez lata nie miałam żadnego, a tu, proszę, jaka obfitość.

Otrzymałam też, jak każdy przyzwoity jubilat, prezenty, w tym – od mężulka obraz, który zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia.

 

Sama nie wiem dlaczego patrząc na ten widoczek, odnajdują cząstkę siebie samej, dlaczego się uśmiecham, zamyślam, a w sercu robi mi się ciepło. Może od tych plam słońca na ciepłych kamieniach bruku, może od gołębi, których gruchanie zawsze przypomina mi modlitwę. A może dlatego, że uliczka biegnie tak, że nie widać co jest za zakrętem i można się tam domyślać wielu dobrych rzeczy. Może dlatego, że od pobliskich kawiarenek unosi się zapach kawy, a ta para idąca chodnikiem przypomina mnie i mego męża. Także na pewno dlatego, że zwisają tam całe girlandy fioletowych kwiatów i ja wiem, że to wisteria. Taka sama, jaką niegdyś widziałam w Rzymie; taka sama, jaką posadziłam na swojej działce i o dochowaniu się jej bujnych kwiatów ciągle marzę. Jest tysiąc powodów, dla których pokochałam ten obrazek, choć nikt nie będący mną nigdy ich nie pojmie.

Dlatego moja rodzinka wzrusza ramionami, gdy rozpływam się w zachwytach.

– Nadruk na ceracie. – sprowadza mnie do poziomu mój syn:)

– Ten, z tymi fioletowymi plamami? – upewniał się sprzedawca w sklepie, idąc po drabinę.

Dobrze, że wiedział, że ten kolor to fiolet:)

No tak, wiem. Jeśli na to spojrzeć zupełnie trzeźwo, to rzeczywiście żadne to dzieło sztuki. Ale przecież w okolicach moich 42 urodzin, z bardzo alkoholowym tortem węgierskim, mam prawo nie myśleć zupełnie trzeźwo:)

Z innych prezentów dostałam: laurkę do Laurki z wyrysowanym pięknie jabłkiem, czekoladę żelkową od Dusia ( który przerósł już tatę i teraz ściga mnie), kolejny czajniczek z podgrzewaczem ( chyba zacznę je zbierać hobbystycznie), ramkę na zdjęcia, słodycze, buziaki, nawet komplementy, że dobrze się trzymam:) oraz … pierwszy w tym roku śnieg!!!

Tak, tak. To nie przypadek, ani kataklizm – jak sądziliście jadąc przez zaspy do pracy, ale mój prezent urodzinowy.

Od samego rana powódź białych piór. Nieustanny ich taniec. Płatki śniegu na włosach, rzęsach, auto na parkingu zniknęło pod zaspą w ciągu pół godziny. Od dnia moich urodzin świat otulony białą pierzynką wygląda jak bajka Andersena. Cokolwiek o tym sądzą drogowcy:)

Ten śnieg jest dla mnie jak uśmiech Boga. Jestem tropicielką tych uśmiechów. Latem jest zdecydowanie łatwiej, ale gdy za oknem robi się szaro i błotniście, trzeba być bardzo uważnym, by dostrzec cuda. Z nosem w kołnierzu można przeoczyć, że uśmiecha się sąsiad, a co dopiero Bóg. Ten śniegowy uśmiech był od ucha do ucha i nie sposób było przejść obok obojętnie.

 

Zauważania wszystkich uśmiechów Wam z okazji moich urodzin życzę.

 

A tort węgierski polecam wszystkim pełnoletnim:)

 

 

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *