statek w porcie i tego kosekwencje

 

Zupełnie niedawno przypłynął znów do portu w Gdyni statek z pomarańczami i mandarynkami. Zawsze to robi w okolicach bożonarodzeniowych. I wtedy właśnie radykalnie zwiększa się spożycie tych frykasów w Krainie Lechitów.

Ku naszemu zdumieniu okazało się, że Laurka po zażyciu aromatycznych pomarańczowych owoców nagle zaczęła drapać się po całym ciele. Przy bliższych oględzinach stwierdziliśmy krosty i zdiagnozowaliśmy: pewnie to jakieś uczulenie. Spokojnie zdiagnozowaliśmy i przeszliśmy nad tym do porządku dziennego:)

Ostatnio znów nas wzięło, bo statek widać był sporej ładowności, a promocja aż rzucała się w oczy i kupiliśmy kilka owoców. Przesuszone i sparciałe nie znalazły wielu amatorów, więc Laurka uznała za słuszne sobie nie folgować. I nie folgowała, a my jakoś też tam specjalnie nie oponowaliśmy, bo diagnostyka musi opierać się na wielu testach:)

Nie minęły dwie godziny, gdy:

– Coś mnie tu swędzi – poskarżyło się dziecię drapiąc się nad kolanem.

Zajrzeliśmy. I jest. Bąbelek.

– To alergia. – stwierdziliśmy spokojnie – nie będziesz mogła jeść mandarynek.

– I jesce tu mnie swędzi. – relacjonowało postęp choroby dziecko.

– I jesce tu. – pokazywało na pupę, drąc ją pazurkami aż legginsy skrzypiały jak śnieg na mrozie.

A po chwili ciszy i stosownego namysłu dodało:

– I jesce PO PYSKU.

I przeniosło działania odwetowe we wspomniane rejony ciała.

 

Stanowczo za dużo bajek o kotkach i pieskach:)

 

Ps.

A dziś – w związku z pobytem feryjnym u dziadków, którzy żyją niemal w leszczynowym zagajniku – do diagnozy dodajemy spostrzeżenie kolejne – katar alergiczny na bazie pyłków, bo leszczyny akurat sobie kwitną dyndając frędzelkami radośnie.

I wiosna prawie jest! Piękna. Ciepła. Skrząca od śniegu, strużek wody i ptasiego trelu. Jeszcze kilka tygodni i wszystko wybuchnie bogactwem koloru i zapachu. Więc – jeśli chodzi o uczulenia – to pewnie jeszcze wiele diagnoz przed nami:)

 


sesja

 

Leżę w łóżeczku Laurki. Ona obok z jakąś broszurką w ręce udaje, że robi mi test.

Chyba na inteligencję, bo większości odpowiedzi nie znam:)

– Dlacego tseba pilnować zeby kwiatki kwitły? – zadaje mi kolejne pytanie profesorskim tonem.

O, tu mnie nie zagnie – myślę.

– Żeby miały owoce. – odpowiadam.

– Tak, dooobze. – z pełną namysłu flegmą zalicza mi pani profesor.

Ufff. – odetchnęłam z ulgą.

Egzamin na ogrodnika zdany:)

 

Jeszcze tylko jakieś dwa miliony pięćset siedemdziesiąt jeden tysięcy dwieście dwadzieścia pięć egzaminów życiowych do zdania i sesja zostanie zaliczona:)

 

 

 

 

 

wielo-pak

 

– Mamo, czy my jesteśmy rodziną wielodzietną? – pyta Nusia oblizując łyżeczkę po moim urodzinowym torcie.

– Tak. – odpowiadam.

– I wieloletnią. – dodaje zaskakującą refleksję Laurka.

 

Słuszna uwaga.

Nasza rodzina jest wieloletnia, a ja jeszcze bardziej:)

 

A wiecie kiedy sobie najbardziej o tym przypominam? Gdy przytula się do mnie moja prawie dorosła Ala:)

 


rodzinka w malarstwie

 

Tłoczymy się na kartce, a kartki takie wąskie produkują. Ciasno bardzo, a tu jeszcze miś się boczkiem wcisnął:)

 

Niech nikogo nie zmyli liczba osób. Niektóre są tylko nadrukami na koszulkach:)

 

Laura jest jeszcze w brzuszku. Uwielbia to wspominać:)

 

Wydatne purpurowe usta mają na obrazach tylko kobiety:)

 

RODZINA.

 

Temat dominujący w twórczości Laurki. Technika stale doskonalona:)