forpoczta świąt

 

– Mamo, co to jest Fenilini? – pyta Lala z rozwianym włosem.

– Jakieś włoskie ciasteczka? – szukam skojarzeń zapętlonych w moje mózgowe zwoje.

– Nie, takie zwiezątko, któle Mikołaj ma psy sobie. – prowadzi mnie mała nawigacja myślowa.

– Renifer?

– Tak, Fenifel!!! – wykrzykuje radosne „Eureka” i znika za drzwiami.

 

Święta tuż, tuż. A ja wciąż nie mam słoika miodu do pierniczków:(

 

 

psyjdzie fenifel i nie będzie miał wziąć cegoś na ząb:) Ech.

 

 

przyczyna śmierci Sokratesa

 

Stosujemy co-nieco zdrowego żywienia.

Ja – ze względów zdrowotnych – trochę więcej niż co-nieco. Jeszcze więcej zaś Misiowa siostra Ella, która jest poważnie chora i odpowiednia dieta to dla niej kwestia prawie z dziedziny: być albo nie być.

To od niej mamy kilka wytycznych wyznaczających szlak ścieżki zdrowia. Na przykład, by dzień rozpoczynać od szklanki wody z sokiem z cytryny lub by zarzucić staropolski zwyczaj kraszenia gorącej herbaty cytryną, bo wytrącają się wówczas trujące związki glinu.

Czasem jednak, w przypływie nagłego szaleństwa, zbaczamy z naszej ścieżki i kupujemy np. krem do tortu z torebki. Bo „raz się żyje, a potem się umiera”:)

Okazja była – a jakże – dość uroczysta i wymagająca szlachetnej oprawy, gdyż obchodziliśmy urodzinki Laurki. Czwarte.

Biedronka cukrowa do dekoracji ciasta szczerzyła się w uśmiechu, a firma, która wyprodukowała gotowy krem truskawkowy miała nazwę na : „Cy…”

– Cykuta? – zażartowała szpetnie Alusia.

– Patrząc na skład, to bym się nawet nie zdziwiła. – zauważyłam znad frapującej lektury odwrotnej strony opakowania.

– To cykutą otruli Sokratesa, prawda? – chciała się upewnić Ala.

– Uhm. – mruknęłam wciąż pochłonięta czytaniem.

Tu wtrącił się Dusio, największy krytyk zdrowego żywienia:

– Tak? – rzucił wątpiąco znad talerza wypełnionego podsmażoną na rumiano i jakże niezdrową kiełbasą – A myślałem, że Sokratesa otruli herbatą z cytryną. – dodał głosem ociekającym nastoletnią ironią:)

 

Po raz kolejny przekonuję się jakim skarbem są dzieci. To one niezawodnie przypomną nam, że we wszystkim trzeba trzymać dystans, bo jego brak grozi kraksą. Może nawet gorszą niż karambol na trasie szybkiego ruchu.

Bo co nam ze zdrowia ciała, jeśli stracimy zdrowy rozsądek:)

 

wypadki chodzą po ludziach

 

Laura wpadła za kanapę. Z wielkim hukiem.

– Plawie się zabiłam. O mały włos. – usłyszeliśmy stoicki komentarz zza poręczy, a potem wynurzyła się potargana głowa.

Z uśmiechem.

 

I pomyśleć, że do niedawna takie wypadki kończyły się co najmniej kilkuminutowym „nieutuleniem w żalu”.

Oto niezbity dowód potwierdzający tezę, że „ w miarę życia, skóra człowiekowi twardnieje.” 🙂

 

 

praktyki pokutne

 

Dusio dostał 3 ze sprawdzianu z angielskiego.

– Wiesz Rut co mi powiedział twój syn, gdy go spytałam dlaczego taki dobry uczeń napisał tak słabo? – zadaje mi zagadkę anglistka Lucy, gdy spotykam ją na szkolnym korytarzu.

– Co?

– Powiedział: „ Ja się bardzo lubię uczyć angielskiego i dlatego odmawiam sobie tego w duchu pokuty” 🙂

Śmiejemy się obie.

– Już ja mu dam ducha pokuty. – wyduszam, krztusząc się ze śmiechu.

 

Nie ma co – nowy święty nam rośnie:)      Patron poczucia humoru.

 

 

światło w mroku

 

– Pojedziemy na cmentaz w nocy!!! – wykrzykuje radośnie Laura, gdy potwierdzamy, że dziś znowu może z nami jechać.

– Nie chcę w dzień, bo lubię jasne lampki. – tłumaczy swoje uwielbienie dla naszych codziennych wypraw.

Ma rację, bo – choć lampki palą się i za dnia – dopiero w ciemności można docenić ich blask. Drogocenne klejnoty rozrzucone na czarnym płaszczu. Tak właśnie doceniamy pojedyncze radosne chwile wtedy, gdy doświadczyliśmy w życiu prawdziwego mroku.

 

Obchodzimy Oktawę Wszystkich Świętych. Osiem niezwykłych dni, gdy przypominamy sobie mocno, że ci, którzy są w niebie i czyśćcu są bardzo blisko.

W tym roku postanowiliśmy uratować tyle dusz ile tylko się da. Każdego roku staramy się wyzwolić choć jedną. Przyjąć w tej intencji Komunię św., odwiązać się – choć wolą – od grzechu, pomodlić na cmentarzu, uzyskać odpust zupełny, pomóc przejść komuś do nieba.

W tym roku ratujemy na całego. Codziennie jedziemy na wieczorną mszę, a potem na cmentarz.

Wszystko spowite tam blaskiem dopełniającego się księżyca.

– Jest coraz większy. – mówi syn spoglądając w jego twarz. Cieszę się, że moje dzieci nie patrzą tylko na ziemię.

Blask z góry zlewa się i miesza w jedno z tym ziemskim, z tysięcy zniczy ustawionych na grobach. Ludzie cicho szepczą modlitwy. Zbierają się na wspólny różaniec po kaplicą. Jak cienie zbiegające się z różnych stron, z szelestem podobnym szelestowi suchych liści przesuwanych oddechem wiatru. Im bliżej światła, tym mniej są cieniami. Realnieją w oczach. Uśmiechają się do siebie, wymieniają kilka słów, stają się wspólnotą.

My stajemy całą rodziną i półgłosem odmawiamy nasze modlitwy. Za tych, którzy nawet w świetle, pozostają ukryci.

Wierzymy, że między nami a nimi nie ma żadnego dystansu. Słyszą nas, patrzą, otaczają opieką, modlitwę odwzajemniają, radują się. Tylko my ich nie widzimy. Tylko to, nic więcej nas nie oddziela. Nasza wada wzroku:)

Wierzymy też, że możemy im pomóc; że, nim ciepło naszej modlitwy jak obłoczek pary rozpłynie się w chłodnym wieczorze, oni przechodzą z ulgą do Domu, do którego wszyscy zmierzamy.

Modlimy się. Laurka przestawia znicze na grobie, wybiera ten, który zgasł i którego znów ożywimy światłem.

Trzaska zapałka. Blask. To takie proste.

 

                        

 

Czytałam o wielu świętych, których odwiedzały dusze z czyśćca, by prosić o pomoc.

Czytałam ostatnio książkę Marii Simmy, w której opisuje swoje rozmowy z duszami i swoje życie wypełnione modlitwą i ofiarą, by pomóc tym, którzy sami sobie już pomóc nie mogą. To niesamowite, że uzyskanie odpustu zupełnego czy częściowego tak niewiele nas kosztuje, a im oszczędza wielu cierpień.

A – mimo to – nie robimy nic.

Można to porównać do bardzo sugestywnego obrazu kogoś, kto stojąc obok góry złotych monet i mając możliwość, by je brać całymi garściami i rozdawać ubogim, nie czyni tego, bo mu się nie chce ręki wyciągnąć. Więc obok niego i góry złotych monet ludzie cierpią z głodu.

W tym roku postanowiliśmy zaczerpnąć i rozdać jak najwięcej. Będzie więcej świętych i następny 1 listopad będzie jeszcze bardziej huczny w niebie.

 

Trzaska zapałka. Blask. To takie proste.

 

„Za każdym razem, kiedy dzięki twojej modlitwie i ofierze jakaś dusza może opuścić czyściec, sprawiasz mi tak wielką radość, jakbyś mnie samego wyrwała cierpieniu.” Jezus do św. Gertrudy Wielkiej z Helfta

 

 

 

rysopisy

 

Sadowimy się w małym łóżeczku Laurki, pod żółtym sierpem księżyca z Ikei.

Rozkładamy okładki pierwszej książeczki. Pierwszej z klasycznego trio przeznaczonego na ten wieczór. Ale nim pierwsze słowo wypłynęło mi na usta…

– Ty jesteś mamo jak bagietka. – spostrzega metaforą córeczka.

– Dlaczego?

– Bo jesteś taka chuda i taka, taka… – marszczy nosek w poszukiwaniu słowa – taka dłuuuga:)

– A tatuś kim jest? – chcę wiedzieć.

– Tatuś dyniom. – bez zastanowienia nijakiego rzuca maluszek.

 

Oto i nasze rysopisy metaforą:)

Gdybyśmy tak obchodzili Halloween jak go nie obchodzimy, tatuś już nie musiałby się przebierać:)

 

                                  

 

 

 

sancti

 

Myślę o świętych.

O tych niezliczonych rzeszach. O tych spisanych w opasłych tomach kościelnych i tych, których znali tylko najbliżsi. Myślę o moim tacie, który zmarł 11 lat temu, a wydaje się, że miejsce po nim jeszcze nie ostygło, że wystarczy znienacka się odwrócić, a zobaczę go pochylonego z papierosem nad niedzielną krzyżówką. Rozwiązywał je zawsze w dni wolne od pracy. A tych miał naprawdę niewiele.

Myślę o Babci niebieskiej, która odeszła rok temu. O Babci rubasznej, która znikła niemal bezszelestnie 6 lat temu. O dziadku…

Myślę też o naszym nienarodzonym 9-tygodniowym dziecku, które na ziemi byłoby trzecie, a w niebie jest pierwsze przed nami wszystkimi.

Ból po nich już zgasł , zostało ciepło w sercu i pewność, że są. Niedotykalni dłonią, niewyczuwalni uchem, niedostrzegani oczyma, a jednak zupełnie realni, bo pełni miłości ku nam.

To bowiem co czyni nas najbardziej prawdziwymi jest miłość. Wtedy jesteśmy najbardziej, najpełniej, wyczerpująco na temat.

Święty Charbel, który za życia niemal nieustannie milczał i ukrywał się pod mnisim kapturem, po śmierci pozwolił sobie zrobić zdjęcie i podyktował niemal całą książkę:) Przedziwny, fascynujący święty.

Wiele jego słów mnie urzekło na tyle, że przepisałam je sobie do mego brązowego notesu.

Dziś natknęłam się na te słowa.

Oto dwa zdania jakby specjalnie na ten dzień:

(…) miłość jest jedynym atramentem, którym możesz cokolwiek zapisać na tym świecie, wszystko inne jest kleksem na papierze.

Nie zaczynaj niczego na ziemi, jeśli nie będzie to miało końca w Niebie…