Lala gra małą piłeczką w nogę z bratem.
Ku mej uldze tym razem wynieśli się do pokoju Ali, więc w spokoju ducha nurzam się we „Wnuczce do orzechów”.
JEST!!! Nareszcie!!! Kora przywiozła z Poznania jeszcze ciepłą książkę. Kajała się, że nie zdążyła kupić rogali świętomarcińskich, ale na rogalach mi zupełnie nie zależy. W nich trudno się nurzać:)
Dalekie odgłosy walki piłkarskiej trochę rozpraszają, ale są o niebo lepsze od bliskich odgłosów rozgrywki i o półtora nieba lepsze od piłki stale lądującej na mojej głowie:)
Spokój, błogość, relaks, odległe żeglowanie po losach rodziny Borejków. Wtem żeglowanie się urywa jakby ktoś znienacka kotwicę rzucił. Wparowuje Lala.
– Mamo, mamo!!! – krzyczy – Mozes mi wyjąć piłke spod łóska składanego?
– A tam nie ma nikogo, kto ci pomoże? – pytam, choć wyraźnie słyszę odgłosy pełnych trybun w rejonie rozgrywania meczu.
– Tak. – potwierdza córka – Ale nie s długą lęką. – zgłasza zastrzeżenie.
Słusznie. Nikt w rodzinie nie może się równać ze mną jeśli chodzi o długość rąk:)
I szybkość czytania. Choć w tym drugim mam silną i stale rosnącą konkurencję. Ala:)
