sztuka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ten wiersz usłyszałam w jednym z
filmów. Oglądaliśmy go wieczorem w TV. Nie jakiś tam wybitny, ale ten wiersz…
Dotknął czułej struny i popłynęły łzy.


 

Elizabeth Bishop


TA JEDNA SZTUKA

tłum. Stanisław Barańczak




W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.


Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.


Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.


Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie
w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.


Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy
ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.


Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.

 

                                       ***********************

 

Straciłam już kilka rzeczy, kilku
ludzi, parę ważnych spraw.

Dom własny, przyjaźń z dzieciństwa, ojca, jedno z
dzieci.

Dziś piszę o tym ot tak po prostu, ale nic prostego w sztuce tracenia
nie ma. Rany goją się latami, blizny pozostają na zawsze choć nie co dzień  dokuczają. Czasem tylko taki wiersz zapiecze
aż sykniesz i łzy się potoczą.

Trać co dzień coś nowego.

Kolczyk zgubiony, filiżankę
rozbitą, płatek śniegu znikający w ciepłym podołku dłoni, włosów kilka, słów
garstkę niespisanych, jakieś zdjęcie, skarpetkę, adres, kogoś z oczu trać za rogiem ulicy,
parę dobrych szans na coś, ze dwa złudzenia.

Trać co dzień choć kilka
drobiazgów. Nabierzesz wprawy.

Może wtedy mniej zaboli, gdy
stracisz coś/kogoś naprawdę ważnego.

 

Na pewno?


Tylko może.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

narodziny

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Rut
jest światłolubna.

Każdy
to wie. O tej porze roku, po wielu tygodniach długich nocy i krótkich szarych
dni opadają jej skrzydła. Radzi sobie z tym jak umie. W kąciku ciepłym przy
grzejniku skrzydła suszy, herbatą gorącą podlewa, świecom wszędzie ustawionym
blask kradnie, książkami się żywi, sekundy zatrzymuje opowieściami, w katalogu
roślin pomieszkuje, „Roku w ogrodzie” nie przegapi bladym świtem.

Nie
wszystko pomaga.

Nie
zawsze.

Dlatego
czasem jedyny ciąg logiczny jaki dostrzega to lampki na choince.

Niebieska-
różowa – zielona- żółta-czerwona.

Aż dnia
pewnego, gdy baterie słoneczne są już na wyczerpaniu, ostatnim błyskiem
geniuszu  wpada na pomysł.

Myśl,
od której skrzydła prężą się i drżą.

Nad
stołem drewnianym, przy kubku z herbatą swój projekt przed mężem rysuje.

Kilka
słów, kilka zdań barwnych, garść argumentów i brązowe oczy słuchającego płoną  tą samą gorączką.

– Czy
to jest możliwe? – pyta na koniec ona, świadoma, że w takich razach nie do
końca bywa realistką.

Od
realizmu jest on, a teraz kiwa głową

– Tak,
oczywiście. – mówi i bierze kartkę i długopis, by jej wizję przekuć w schematy
i wyliczenia.

Cały
wieczór trwa ten proces.

Marzenie
to iskra, lecz by zapłonęło prawdziwym ogniem trzeba czasu i wysiłku.

Ona
jest od iskier. On od kowadła, na którym wykuwa rzeczywistość.

– Ale
mi smaku narobiłaś – mówi szeptem w nocnej ciszy. W szeleście słów igra
szczęście.

– Od
tego jestem. – śmieje się ona – By twemu życiu dodawać smaku.

 

I już
są szczęśliwi oboje.

 

Mają
plan.

Plan na
cały rok. Mnóstwo trudu i pracy, tysięcy wyborów i zaciskania pasa, rąk
zdartych do krwi, ramion nadwyrężonych, włosów posiwiałych od pyłu, kropli potu
płynących w oczy. Czyli to dokładnie co Rut i Miś pasjami lubią. Zrobić coś z
niczego, z wysypiska śmieci –trawnik, z ugoru-ogród barwny, z rudery – coś
domowego i przytulnego.

 

Tak
właśnie rodzą się letniska.

W
zimowe długie wieczory, nad parującym kubkiem bursztynowej herbaty, po której
jak obietnice pływają kawałki poziomek i listki bławatków.

 

Letniska
rodzą się z tęsknoty za światłem, kiełkują z jego braku.

Jak
nasiona niektórych kwiatów – by wykiełkowały muszą być najpierw przemrożone,
pozbawione wszystkiego.

 

Na
krawędzi braku, poczyna się tęsknota, a tęsknota to rodzona matka marzeń. Z
marzeń powstaje wszystko inne. Rzeczy, wydarzenia, domy, mosty, obrazy,
wiersze, książki…

 

Wszystko
jednak zaczyna się od braku i od tęsknoty.

Fundamenty
wszechświata.

*********

ON też tak zaczynał.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

nagląca kwestia kawy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Muszę
to zacytować, bo pęknę.

W
„Pamiętnikach Tatusia Maminka” wyczytałam taką oto życiową mądrość:

 

Kawę
pije się dopiero, jak jest się starym i roztrzęsionym
( Ciotka Paszczaka)

 

 

🙂 🙂
🙂

 

Ku
refleksji wszystkim tym, którzy jutro bladym świtem z zamkniętymi jeszcze
oczami, wyciągną rękę po puszkę z kawą:)

 

PS.

Ciotka
Paszczaka jest osobą niezwykle inspirującą i muszę się od razu przyznać, że
dostrzegam pewne wspólne nam obu cechy charakteru. Szczególnie utożsamiam
się z tą postacią w sobotnie przedpołudnia, gdy zarządzam zbiorowe sprzątanie,
pranie, trzepanie, ścieranie kurzy, składanie ubrań itp. nieludzkie aktywności.

                                                 ***  ***  ***

Tak
więc od jutra nim sięgniecie po kawę, zastanówcie się poważnie czy przypadkiem
nie jesteście już starzy, lub roztrzęsieni, albo: jedno i drugie!


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

po spacerze

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Jeśli zobaczycie
wyrysowane na śniegu motylki, kotki, pieski, pszczółki i "bidzinki" to wiedzcie,
że tędy przechodziła Rut. Z mężem i z synkiem i z najmłodszą z córeczek.

Śnieg miał
konsystencję siekanego styropianu, powietrze pachniało mrozem, a gwiazdom lśnić
pomagały sznury kolorowych lampek. Święta Agnieszka z kapliczki stała zadumana
z barankiem u spódnicy.

Znów
mamy śnieg. Przyklei się nam do rzęs i snów.

 

Nieg, nieg

Taki jeśt.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Tatuś Muminka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Czytam
„Tatusia Muminka i morze”.

Po raz
któryś tam w życiu.

Aura
sprzyja właśnie tej części cyklu. Szare niebo, mało słońca, skulone kawki na
dachach, dym z komina snujący się jak struga mleka po nocnym niebie, księżyc
powoli znikający po pełni.

Czytam,
ołówkiem podkreślam to co mnie najbardziej porusza, zadziwia lub co sunie po
torach zbliżonych do moich myśli i uczuć.

Zadziwia
mnie przenikliwość alegorii spisanych w tej opowiastce dla dzieci. Alegorii
życia, losu, natury męskiej i kobiecej, pracy, marzeń, swego miejsca na ziemi,
piękna, rozczarowania, samodzielności, samotności, obłędu, a nawet ludobójstwa.

Czytam
to po raz kolejny, sięgnęłam jeszcze głębiej niż poprzednio, lecz mrowienie w
okolicach kręgosłupa podpowiada, że daleko jeszcze do dna. Albo, że może dna
wcale nie ma. Że to tylko kwestia mojej dojrzałości, mego wysiłku, mej
wrażliwości by schodzić wciąż w dół nieskończenie i odkrywać prawdy uniwersalne
i przez to niewyczerpywalne dla mego umysłu maleńkiego jak ziarnko piasku na
brzegu morza.

Dokładnie
tak jak myślał Tatuś o czarnym jeziorku znalezionym na wyspie. Że kryje w sobie
wiele skarbów i  że nie ma dna, bo gdzieś
tam w swej niezgłębionej głębinie łączy się z morzem, z oceanem.

Nieustająca
inspiracja i poszukiwanie.

I choć
powiązał wszystkie sznury, liny i nitki jakie posiadał, były miejsca, gdzie nie
sięgał dna.

Każdy z
nas jest takim jeziorkiem. Nie starczy życia, by myślą sięgnąć dna. Czasu nie
stanie, by wszystkie skarby wydobyć.

Każdy z
nas połączony pępowiną z olbrzymim oceanem.

 

Tak
więc siedzę jak Tatuś Muminka i pukam ołówkiem w okładkę książki. Gdybym miała
ogon, mrowiłby mnie teraz.

Ale go
nie mam, więc mróweczki emocji wędrują wzdłuż kręgosłupa.



Zawsze się pojawiają, gdy ocieram się o głębię.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

groch z kapustą


Jadłam tylko raz w życiu. Na wigilii u teściów. Nie byłam zachwycona tym daniem, a tymczasem zaserwuję je tutaj.
Bo tylko tak można zbiorczo określić to co teraz nastąpi.

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Rozmówka
Sylwestrowa.

 

Laucia:
Maś komulke?

Tata:
Mam.

Laucia:
Maś komulke?

Tata:
Mam.

Laucia:
Daś?

Tata:
Nie.

Laucia:
PLOOOOSIE!!! – głosem bardziej miodnym niż ciasto na pierniki i spod
trzepiących jak motyle rzęs.

 

I……………….już
tatusia ma w kieszeni.

 

Komórkę
też:)

 

 *** ***

 

Mama
ostrzy kredki, bo nosy im się starły od ciężkiej pracy.


Proszę, spróbuj – podaje pochylonej nad kartką najmłodszej latorośli silnie
uzdolnionej plastycznie.

Artystka
tymczasem chwyta kredkę i …

– Am –
wkłada do buzi.

 

Spróbować
to spróbować:)

 

 *** ***

 

Laura
układa klocki i nuci piosenkę własnej kompozycji:

 

Nieg, nieg

Taki jeśt

 

Jaki
dokładnie jest ten śnieg z pieśni się nie dowiadujemy.

Grunt,
że jest.

To
znaczy BYŁ.

Przed
świętami:)

 

 *** ***

 

Mama
nakłada pastę na szczoteczkę niuni.


Ooooo!!! – wpada w niekłamany zachwyt właścicielka zębów mlecznych – Oooo!!!
Blawo!!! Paśte nałoziłaś siama. Udało!!!!

 

Tak
mniej więcej komplementujemy niunię dzień w dzień po każdym drobnym wyczynie.
Głównie chodzi nam o efekt budowania poczucia jej samodzielności, a tymczasem
skutki przerosły nasze oczekiwania.

Ale…
tak też jest fajnie.

Nikt
nigdy mnie nie pochwalił, że tak ładnie nakładam pastę:)

Ba,
nikt nawet nie zwrócił uwagi na ten mój niepodważalny talent.

 

 *** ***

 

      Dusiek i Nusia toczą kolejną wojnę o nic.

Tata
nie zdzierża w końcu i podsumowuje z gorzką ironią:

– Ależ
wy się lubicie. Jak Żyd z Palestyńczykiem.

Każda
okazja jest dobra, by edukować dzieci geopolitycznie.

*** ***
A na przystawkę: wątróbka:)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Ustalamy
co jutro na obiad.

W tym
celu z lodówki zostaje odczepiona lista o szumnym tytule: Ulubione dania i odczytana uroczyście przez mężulka.

Po
rosołach, sosach, naleśnikach, plackach, kotletach i kurczakach dochodzimy do
wątróbki.

– Może
wątróbka? – sugeruje lektor zerkając znad kartki.

– Tak,
tak!!! – skanduje entuzjatycznie zebrana dziatwa.


Wońtróbka, wońtrópka!!! – sypią się zdrobnienia i przeinaczenia ulubione w tej
rodzinie.

 


Wońtrupka może być. – zgadza się Rutka, po czym nagle – w przypływie zdrowego
rozsądku zatyka sobie usta dłonią  i zza niej cedzi:

– Woń
trupka?

– No
właśnie, też mi się skojarzyło. – wykrzywia się lektor domowy.

 

Oj, to
może nie wątróbka.

 

 Mawiają ludzie, że skojarzenia to przekleństwo.

 

I mają
rację:)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

garniec pełen…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Czego życzyć człowiekowi, który już wszystko ma… – zaczęła życzenia.

Kora
stała przed Rut i miętosiła biały opłatek w dłoni. – Czego ci życzyć jak już
wszystko masz? – powtórzyła o dekadę młodsza siostra. Siostra – obiecujący
menager w międzynarodowej firmie, po świecie oblatana, w hotelach
pięciogwiazdkowych kwaterowana, nigdy nie przeżywająca dylematu: paliwo do auta
czy kozaki dla córki.

Rut
przebiegły przez głowę znaki zapytania. Odbijały się na zakulonych ogonkach i
zaglądały w zakamarki myśli.


Czy ja mam wszystko? Ostatnio tyle rzeczy mi doskwierało, tyle straszyło po
nocach,  tyle braków zakłuło w samo
serce. Zaogniły się stare rany. Szczególnie nocami wyłaziły z kątów smutne
myśli powłócząc szarymi łachmanami. A ona mówi, że mam wszystko. I patrzy na
mnie tak jakby też to wszystko mieć chciała.

Przecież wiesz Rut – szepce
coś na dnie serca – że to prawda. To
czego nie masz to niewiele
znaczące
drobiazgi. Masz wszystko co potrzeba, by być szczęśliwym. Nie daj sobie wmówić,
że tak nie jest.

Wtedy
przypomniał mi się garniec. Odszukałam go. Zajrzałam wgłąb. Dziura w dnie jest
jeszcze większa niż wtedy. A jednak…

25 Sierpień 2009

Mówią,
że w każdej legendzie jest ziarenko prawdy.

Kilka
dni temu doświadczyliśmy tego bardziej niż kiedykolwiek. Rodzinna legenda ożyła
i wdarła się wartkim strumieniem magii w nasze spokojne letnie popołudnie.
Legenda mówi o garncu; garncu pełnym złota, zakopanym gdzieś pod starą sosną
przez moich przodków. Opowiedziała mi ją moja babcia. Do legendy dodała aneks,
który powinien ostudzić wszelkie zapały poszukiwacza; a mianowicie, że żadnego
złota już dawno nie ma, bo zabrali je w czasie wojny pseudopartyzanci. Wielu to
nie przekonywało i wpadali raz po raz w prawdziwą gorączkę złota. Epidemia
 pojawiała się i znikała, a legenda żyła …

Mijały
lata, dziesięciolecia, pokolenia…

A
legenda czekała jak nierozwikłana zagadka Sfinksa na śmiałka, który ją przeniknie…

I
przyszliśmy my.

Dziwni
z nas poszukiwacze skarbów, bo zarówno ja jak i mężulek, dziwnym zrządzeniem
ewolucji zostaliśmy niemal zupełnie pozbawieni genów chciwości. Najcenniejsza
była dla nas świadomość, że gdzieś pod nami ziemia kryje baśń tysiąca i jednej
nocy…

I
oto pewnego dnia czas stanął zdumiony w miejscu, gdy pod łopatą Misia coś
metalicznie stuknęło. Nie szukaliśmy skarbu. Po prostu próbowaliśmy wyjąć z
ziemi olbrzymi głaz. Nie mieszkamy w górach, więc kamienie- i to tak duże jak
ten – są prawdziwą gratką dla miłośników skalników i ogrodów naturalistycznych.
Ale kamień pod uderzeniami szpadla wydawał mało kamienne odgłosy, a po kilku
chwilach nad powierzchnią ziemi ukazał się kawałek metalu. Mężulek próbował go
wydobyć, ale przerdzewiała skorupa z uporem maniaka trzymała się gruntu. Byłam
przekonana, że to kolejna puszka po konserwie, metalowa miska, albo jakiś
wichajster od rolniczej maszynerii. Takich skarbów znaleźliśmy już tony na
naszej działce. Mnie interesował tylko ten piękny płaski kamień z epoki
lodowcowej, a Miś tracił czas ciągnąc metalowe ucho.

I
nagle… naszym oczom ukazał się metalowy dzban z dwoma symetrycznymi uszami.
Dokładnie taki, jakie rysują w książkach z bajkami dla dzieci, sugerując
malcom, że tego rodzaju naczynia są znacznie pewniejszą lokatą kapitału niż
banki czy giełda : )


To ten – pomyślałam w pierwszym odruchu, a potem…


Miś przechylił go  i z gracją Szeherezady wysypał zeń kupkę ziemi. Aż do
dna, które okazało się przerdzewiałe na wylot.


To ten – powiedziałam głośno. Serce zabiło mi szybciej, bo na dnie legendy
rozbłysło ziarnko prawdy, znacznie cenniejsze niż złoto i wszystkie klejnoty
świata.

Znaleźliśmy
pusty garniec.

Pusty,
a jednak pełen magii.

Pusty,
a jednak… kiedy go wzięłam w ręce i otarłam z ziemi , zrozumiałam , że nie
potrzebuję żadnego skarbu. Wszystko, co najpiękniejsze na świecie już mam:
miłość, czułość ramion mojego męża, buziaczki na dzień dobry od moich dzieci,
sens, sens, sens, dużo sensu i jeszcze… Ciebie Eloi.

Skarb
już mam. Brakowało mi tylko dzbana.

Teraz
nie brakuje mi niczego : ) jak w psalmie 23.

 

 A
dzban???

Dzban zostanie z nami. Już zawsze będzie nam przypominał o tym, co w
życiu jest naprawdę cenne.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}