tupanie skątowni

– Przyjechali wreszcie? – pyta babcia niebieska „babci młodej” ( tak Rutkową mamę ochrzciła Nusia).
– Przyjechali. A co, tęskniła?
– Oj tak. – przyznaje babcia starsza.
– Za tym tupaniem?
– Tak. – zaśmiewa się do łez staruszka.

Babcie mieszkają akurat pod Rutkową rodziną. Babcia młodsza może i tupanie słyszy, ale babcia starsza zagadnięta kiedyś o tę kwestię przez zatroskanego Misia zapytała:
– Jakie tupanie? Ja głucha. Nic nie słyszę.

A skąd to tupanie?
Skątowni:) – jak ma w zwyczaju odpowiadać Rutka.
A tak dokładniej źródła należało by upatrywać w Nusinych piętach. Bo Nusia – jak to kiedyś wyłuszczyła znękanej rodzince – „m u s i  się kiedyś wybiegać”.
– A w zerówce nie możesz biegać? – podpuścił tatuś.
– Nie, bo nie chcę sprawiać przykrości pani Joli. – odparła zdecydowanie pełna altruizmu dla obcych pociecha.
– A nam chcesz? – jeknęliśmy
– Nie chcę, ale muszę. – zacytowała znaną skądś złotą maksymę:)

Wraz z powrotem Nusi od dziadków, wróciły też jej pięty. Pierwszego wieczora były widać biedactwa mocno znużone podróżą, bo sobie „odpuściły” porcję wieczornego stepowania.
Ale drugiego wieczora pięty już były wypoczęte, przypomniały sobie o swym zwyczaju i się zaczęło.
W tę i nazad, w tę i nazad. – jak mawiają tubylcy.
– Czy to prawda – zaczęła zdyszana wielbicielka joggingu pokojowego – że od biegania się rośnie???
– NIE !!! – zakrzyknął wielkim głosem brat – Od biegania wcale się nie rośnie!!! Rośnie się od   s p a n i a!!!

A reszta rodziny skwapliwie mu przyklasnęła:)

Oprócz babci niebieskiej, która… nic nie słyszała:)


nudy na pudy

W dwie i pół godziny po odjeździe, Miś wysłał Rut sms-a następującej dramatycznej treści:
„Nudno tu bez ciebie” .
„To dlatego, że mam taką barwną osobowość” – odpisała żona jak tylko skończyła napychanie małego dziobka jogurtem truskawkowym.

Skąd się wzięła ta „barwna osobowość”? Ano od koleżanki z akademika i nie miało to nic wspólnego z przenoszeniem drogą kropelkową:)
 Rut po prostu próbowała ją przekonać, że ma duże szanse u pewnego chłopaka i wystarczy tylko odrobinę pewności siebie.
– Dobrze ci mówić – załamała się koleżanka – ja nie mam takiej barwnej osobowości jak ty!
Od tamtej pory jest to jedno z ulubionych zdań rozśmieszających Misia i Rutkę.
Jak już nie ma na co zgonić to na „barwną osobowość” lub jej brak 🙂

„Tęsknię za tobą” – nadleciał bzyczący niczym pszczoła sms drugi.

Rutka więc naciska ikonkę ze słuchawką i …
– Ho, ho ho – zaczyna tonem na poły „świętomikołajowym” – jakbyś NAPRAWDĘ tęsknił, to byś wsiadł w samochód i przyjechał.
– A wiesz, że o tym myślałem – jęknął trawiony nostalgią po drugiej stronie.
W tym momencie zabiera głos cenzor Piórko i kategorycznie domaga się oddania telefonu.
– Laurcia, co tam robisz kochanie? – przymila się tata sącząc czułe słówka w małe uszko.
A Laurcia siedzi z marsową miną i się zastanawia.
No bo co ma powiedzieć?
Łatwiej wymienić czego nie robiła.

Ganiała się z mamą po całym pokoju piszcząc jak zarzynane prosię, rzucała pilotem od telewizora, niemal na wszystkie zadane pytania odpowiadała kategorycznie: NE ( bardzo przydatne słówko, zwłaszcza w kontaktach z rodzicami:), czytała książeczki w swoim własnym narzeczu, smażyła z mamą kurczaczki w ziołach, piła herbatkę obficie skrapiając nią podłogę wokół ( odezwał się w niej –zdaje się – duch pierwotnych przodków, którzy dzielili się napojami z matką ziemią:), dokonywała crash-testów w szafce kuchennej, ustawiała wieżę z kubków, sprawdzała zawartość kosza na śmieci i  przy okazji refleks mamusi, jeździła na koniku na biegunach, oglądała z mamą kotki w necie, naśladowała pszczółkę – bzz i odgłos paszczowy konika i lwa i kaczuszek i owieczki ( najbardziej spektakularnie wychodzi lew), oglądała zadziwiający ruchomy eksponat braciszka ciotecznego ze szczególnym uwzględnieniem jego rajstopek, spała pod włochatym kocykiem, pierwszy raz w życiu brała prysznic, a w trakcie kąpieli mamusi porwała pół rolki papieru toaletowego, resztę zaś zaniosła do pokoju i po kawałeczku utykała w szparze pod kanapą, zakładała sobie opaskę w kwiatki i się mizdrzyła, usiłowała ukradkiem wykraść część dziedzictwa kulturowego ( nieszczęsne maki pana Moneta:), sprawdzała kilkakrotnie czy rączka uległa wydłużeniu i sięgnie po przedmioty ustawione na parapecie, szukała nowych fal w radiu, grzecznie odpowiadała po angielsku żegnającej się zabawce: by-by, jak co dzień obsługiwała drukarkę komputerową, kotłowała się na łóżku i udawała, że wiedzie długie rozmowy przez komórkę, doskonaliła sztukę wystawiania języka i „tu-tu soroczkę”, zjadła miseczkę miodowych kółeczek przy okazji urządzając im burzę na Morzu Białym, potańczyła przy piosenkach Starszych panów, pogrzebała w szafie, sprawdziła czy zawiasy tatuś solidnie zamocował, a wieczorem…
… padła.
Baterie jednak nie były do końca rozładowane, skutkiem czego małe ziółko obudziło się kilkadziesiąt razy w ciągu nocy, a od czwartej udawało tylko, że śpi.

Wobec powyższego należałoby zauważyć, że „niedaleko padło jabłko od jabłoni” i że „barwne osobowości” są chyba cechą dziedziczną.

Mąż Lauci, a potencjalny zięć Rut na pewno nudził się nie będzie:)

starsi panowie dwaj

Miś właśnie zagrzmiał silnikiem pod oknem i pojechał po odbiór naszego wypożyczonego na tydzień stadka.
Pierwotny plan zakładał, że pojedziemy większą delegacją, ale nie zażegnana jeszcze choroba Piórka wykluczyła niektórych z udziału w misji : Odzyskiwanie Skarbów.

Najbardziej z takiego obrotu sprawy nie ucieszy się dziadek, bo…


– Ooo, zobaczcie, ona bierze w rączki dwa klocki i nimi stuka!!!
– Chodzi w waszych kapciach. Trzeba to koniecznie nagrać!!!
– Jak ona kartkuje książki. Zupełnie jak dorosły!!!
– A ołówek jak trzyma!!! Jakby się z nim urodziła.
– Jak ona rytmicznie tańczy.
– Ona wszystko rozumie!!!

Dziadek nie widział Laurki od kilku miesięcy, więc na każdy jej wyczyn patrzył jak na objawienie, celebrował każdy grymas twarzy, ruch rączką.
– Tato, to normalne w tym wieku – studził jego zachwyty Miś – dziecko kilkumiesięczne potrafi brać dwa klocki naraz.
– Nie, nie – protestuje zauroczony najmłodszą wnusią dziadek – Przecież to świadczy o dużej podzielności uwagi.
– No tak. Ale ona już umie układać jeden klocek na drugi i próbuje już z trzecim. – tłumaczyliśmy cierpliwie.
Ale takie argumenty nie działały na starszego pana, który z płonącymi policzkami obserwował szkraba.
Po pewnym czasie przestałam go przekonywać, że rzeczy normalne są normalne.
Patrzyłam na niego i myślałam kto ma rację.
Pod koniec wizyty już wiedziałam.
On.
On widzi to co nam zasłoniło przyzwyczajenie.
Nic nie jest normalne.
Wszystko jest niezwykłym cudem.
Każdy krok. Każde skinienie palcem. Każdy oddech. Każdy dzień.

Inny starszy pan ujął to tak:

Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko.

 Starszy pan miał na nazwisko Einstein.


cieplej, cieplej…

Łup!!!
– O Panie, kto tu powiesił deskę? – myśli zaskoczona Rut rozcierając głowę.
– Ale ktoś ma pomysły – kontynuuje biadolenie rozglądając się po strychu w poszukiwaniu winowajczyni deski.
A tu…
Surprise!!! – coś czarnego rechocze na sznurku.
Moje dżinsy? Drewniane? – nie dowierza stuknięta macając nogawki.

– Zupełnie jak Mała Mi po spotkaniu z Lodową Panią – przypomina sobie Rut niedawno oglądaną z Nusią bajkę o Muminkach.
Wszystko tak wygląda. Zamarłe bluzki, sztywne rajstopki, skarpetki z lodowatymi noskami, prześcieradła jak arkusze blachy.
Mróz był w nocy ponad 30 stopni.
Piec buzuje pełną parą połykając kolejne szczapki i czarne bryłki, a nawet dębowy brykiet, a mimo to nad ranem trzeba hartu ducha by wysunąć się spod kołdry.
Mały czajniczek z herbatą wciąż ogrzewa pękate boki nad zapachową świeczką. Wybełtana woń malin i jagód rozpływa się w powietrzu i rozgrzewa wyobraźnię wspomnieniem lata.

– Już niedługo – myśli Rut pochylona nad świeżo wyklutym kwiatem różowego hiacyntu.
– Już niedługo – zamyka oczy głaskane ostrymi promieniami słońca .
– Już niedługo – przykłada ręce do kaloryfera – Wezmę moją ogrodniczą torbę i pójdę plewić grządki, sadzić, siać i przesadzać. Taaak. Zwłaszcza przesadzać. Jestem w tym dobra:)
A za mną będzie truchtać nieodłączne Piórko, gubiąc nóżki na wertepach trawnika. Ciekawe czy zakwitną moje niebieskie tulipany? A szafirki? Cebulice syberyjskie? Różowe żonkile? Przebiśniegi? Irysy holenderskie?


Tymczasem Rut i Miś pocieszają się układając puzzle z makami Moneta.
Cierpliwie.
Kawałek po kawałeczku.
Zielono-seledynowy kobierzec łąki.
Niebo z chmurami jak kremowy deser.
Damy z parasolkami, dziewczynki w kapeluszach.

Sekunda po sekundzie.
Krok po kroku.
Cokolwiek mówią meteorolodzy…

… już niedługo.

miłość wybiórcza

– Mama, mama – przymila się Piórko.
– Kochasz mamę? – pyta Rut retorycznie, bo wszak oczywistości są oczywiste. Innych ten świat nie nosi.
– Cici – dementuje córeczka hipnotycznie wpatrzona w obiekt swej miłości.
– Ach, ty łobuzie. Tylko kawałeczek mamy kochasz?!!!
Uśmiech od ucha do ucha potwierdza straszną hipotezę:)

Pierwszy miłosny dialog.
Bardzo zresztą podobny do innych prowadzonych pod tym dachem.

– Masz piękne oczy, a jakie włosy, a …,…,…hmmm – wymienia  mężulek cmokając jak zadowolony Żyd-handlarz.
– A co powiesz o moim intelekcie? – Rut nie do końca czuje się doceniona.
– No, tak tak intelekt też masz. – spiesznie dodaje ukochany. Zbyt spiesznie:)


Wniosek:
Niektóre podzespoły w Rut udały się Panu Bogu, że ho-ho.
Inne – tak sobie, ale gwarancja i tak dawno już wygasła:)

niepotrzebność

po co są poeci ludzkości potrzebni?

żeby zapach hiacyntu zatrzymać na wieczność?
zadawać pytania nigdy nie zadane?
drążyć myśl jak nurt rzeki podziemnej?
wywoływać duchy nocy nieprześnionych?
biec ze słów siatką za uczuć motylami?
żeby spijać niebu błękit spragnionymi źrenicami?
 krzyczeć szeptem ledwie dosłyszalnym?
żeby ludzie byli rośli w swoim człowieczeństwie?
by nie zapominali…




po co rodzą się poeci
za co umierają?


Ona powiedziała:

żyjemy dłużej
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.


Poezja nie jest mi do niczego potrzeba. – odpowiedział chłopak zagadnięty przez reportera na ludnej ulicy.

i pobiegł…

noga u krzesła

Piórko choruje. Wymęczone gorączką, kaszlem i katarem szybko zasypia.
Nic nie zakłóca wieczornego spokoju.
Spokojnie oglądnęliśmy sobie odcinek „M jak miłość”. Czasem oglądamy, choć bez przymusu wewnętrznego. Taka trochę sentymentalna rodzinna tradycja. Jeszcze mój tata był zdrowy, gdy zasiadaliśmy całą familią i oglądaliśmy ten film. Potem wyszłam za mąż, urodziła się Ala, Dusio, tato zachorował, a my co wieczór siadaliśmy i patrzyliśmy w ekran. Czasem nawet przemknął mu w trakcie uśmiech po przeźroczystej , zmęczonej twarzy.

Oglądamy więc spokojnie losy bohaterów, raczymy się kawowym likierem.
Film się kończy, a ja czuję jakiś dziwny niepokój. Wyczuwam czające się metafizyczne zło czyli „brak”.
Czego mi brak? – śledzę pogmatwane ścieżki wewnętrzne, gmeram w ego, super ego, schodzę schodami do id.
Coś jest nie tak. Wiem to na pewno.
– Mamo, przyjdziesz do mnie? – szepczę w końcu sama do siebie.
Mężulek patrzy, śmieje się i przyłącza do gry:
– Mogę poczytać? – wygłasza cowieczorną kwestię najstarszej córki
– Chce mi się siku, a się boję. – dodaję coraz bardziej rozbawiona. To oczywiście mała Nusia.
– Chce mi się spać, a Ala pali światło.
– Boli mnie brzuch, a nie chce mi się kupy.
– Mogę do was przyjść?

No i finalne popisowe Nusine zagranie na dobranoc.
Zawsze wtedy, gdy właśnie, właśnie nogi odtajały ci pod kołdrą i jesteś gotów zapłacić każde pieniądze, by nie musieć już nigdzie spod niej wychodzić:

– Przyniesiesz mi pić?

Nie sądziłam, że takich rzeczy może brakować.
A jednak.
Brak dobra jest złem metafizycznym.

Brak nogi u krzesła.

Brak wieczornych dziecięcych rytuałów.

Niedocenione dobra zauważa się dopiero, gdy ich brak.