Anioł

Za rzadko przypominam sobie o moim Aniele Stróżu. Gdy sobie przypomnę raz na kilka dni, hurtem polecam mu wiele spraw.
Ale to zupełnie nie po przyjacielsku jest.
Więc postanowiłam zrobić sobie przypominajkę i namalować ikonę Anioła Stróża.
Łatwiej jest pamiętać o tym, co widzialne.
Dlatego potrzebujemy wizerunków.

Malowanie złotem w złocistym blasku złotej jesieni.

A przy okazji zrobiłam prezent mojemu niewidzialnemu przyjacielowi z okazji jego święta:)

 

 

co się stało z naszą klasą…


Spotkanie klasy licealnej mojego męża. Kolejne z, lecz pierwsze, na które mogłam przyjechać po wielu latach wychowywania dzieci. Dzieci już nie są małe więc…
Siedzimy przy stole w restauracji, jemy coś, koledzy mojego męża, popijając kolejne piwko, najpierw wspominają bujne lata młodzieńcze, a potem zaczynają gorzkie żale, że z dziećmi nie ma o czym pogadać, z żoną konflikty, szef wredny się czepia, włosy wyszły, zdrowie już nie to, jeden się rozwiódł, jeden powiesił…
Piją zdrowie tego ostatniego.
– Gdziekolwiek jest – dodaje zaskakująco trzeźwo Zbyszek:)
Słucham, czasem wtrącę słówko, zaśmieję się z żartu, w końcu nieco zmęczona kładę głowę na ramieniu męża.
I wtedy dzieje się coś dziwnego.
Ich oczy!!!
Wzrok.
Jakby ktoś bez ostrzeżenia strzelił lampą flesha prosto w twarz.
Jak spłoszone stadko wróbli ich spojrzenia rozbiegają się po kątach. Jakbym zrobiła jakiś niestosowny gest lub wystrzeliła petardę.

Gdy wychodzę do ubikacji, któryś rzuca konspiracyjnie pytanie:
– I jak tam Michał?
Teraz się zacznie – myślą pewnie – przy żonie musiał udawać, ale teraz przyłączy się do naszych biadań. Albo chociaż powie smutno: ” Chłopaki, wiecie jak jest…” i zawiesi znacząco głos w próżni. A oni pokiwają smutno głowami i wychylą kolejny kufel piwa:) Życie jest ciężkie – każdy wie.
Ale on robi zupełnie coś innego – uśmiecha się i mówi:
– Jestem szczęśliwy.
Tak po prostu.
Konsternacja. Cisza jak w kościele.
Takiej odpowiedzi nikt się nie spodziewał.
( Skąd to wiem? Opowiadał mi później, gdy już leżeliśmy w łóżku:)

Gdy odjeżdżamy koło północy, tłumaczymy im, że już czas na nas, bo dzieci tęsknią.
Zaczynają się śmiać jak z dobrego żartu.
– Aleście naiwni – mówią – dzieci płaczą jak wy do domu wracacie.
– Moja córka przyjeżdża ze studiów raz na dwa miesiace i tyle ją widzę, gdy pożycza ode mnie kluczyki do auta – opowiada jeden z nich.
Uśmiechamy się, nie dementujemy, nie tłumaczymy, że w naszym domu jest zupełnie inaczej. Przecież i tak nie zrozumieją.

Żyjemy jakby w dwóch różnych równoległych w czasie światach.
Kiedyś, dawno temu każdy z nas zdecydował jaką drogą pójdzie. Do wyboru było tyle dróg. To był decydujący moment, potwierdzany potem każdego dnia wybór. I nic dziwnego, że po latach niektóre ścieżki rozbiegły się, a ich krańce są lata świetlne od siebie.

Lecz mimo to dobrze jest się czasem spotkać. Zobaczyć to. Przemyśleć.

Spotkania z ludźmi tak wiele nas uczą.

To ostatnie nauczyło mnie, że czasem aktem odwagi jest powiedzieć : ” jestem szczęśliwy” i że aktem miłosierdzia może być … przemilczenie szczegółów swego szczęścia.

*  *  *

Ujrzeć, przemyśleć…

I objąć kolejne osoby w ramiona modlitwy.




obietnice wiatru

Wiatr.
Leżę i słucham jak nocny nagły wiatr szumi i gra. Śpiewa i gwiżdże w rurach wywietrzników.
Nuci pieśń o zmianie, o tym, że wszystko mija, że minie deszcz i niepogoda. Obiecuje rzewnie, że przyniesie słońce i ciepło i że zatańczy w blasku ze złotymi liśćmi, że przeczesze posiwiałe na rudo włosy brzóz.
Już dawno zauważyłam, że taki nagły nocny wiatr przynosi zmiany. Po deszczu – słońce, po upałach – chłód, po śniegu – odwilż, po roztopach – mróz.
Taki już jest. Zmiano- dajny.
Poruszam się w pościeli, nasłuchuję z nadzieją. I choć przy takim wietrze bolą wszystkie kości, przypominają o sobie stare kontuzje, a byłe złamania jakby przestały być „pieśnią przeszłości”, to i tak cieszy jego szum. Biały kojący śpiew jesiennego wichru w kominie.

Leżę i słucham.
I wiem, że nie chodzi tylko o pogodę.
Że już niedługo wszystko się przemieni, że mrok opadnie, świt jest blisko.
Czuję to w każdej komórce duszy.
Czekam.
Mimo bólu, wszystko drży z radości.
Jest blisko.

On szepcze: ” Moje ognie, jak pożar stepów, rozprzestrzenią się z szybkością strumienia, aby objąć wszystkie ziemie po kolei, aż do najdalszych.”
( Jezus do Gabrieli)

Wierzę Mu usypiana wiatrem.

posklejane palce

 

– Bleee – wykrzywiam się nad metalową misą – Strasznie nie lubię oddzielać tych jajek, mam całe ręce wypaplane.
Tu prezentuję Lalci posklejane ciągnącym białkiem palce.
– Fuj – potwierdza córka – Ja lubię wybijać jajka, ale jak nie trzeba ich oddzielać – dodaje.

Pieczemy właśnie z najmłodszą córeczką biszkopt do ciasta. A – jak każdy wie – dobrego biszkoptu nie uzyska się bez ubicia samych białek na początku procesu.
– Wiem!!! – wpadam jak Archimedes do wanny – ofiaruję to za dusze w czyśćcu, może którąś da się uratować tymi posklejanymi palcami.
I mrugam do Lalci okiem. Znad tej misy.
– Ja tak ostatnio miałam – niespodziewanie kontynuuje temat mała piekareczka – Bolał mnie brzuch i powiedziałam, że to za dusze. I zaraz rozbolał mnie jeszcze bardziej.
– To widocznie musiała być jakaś ciężka dusza – mówię.
– Tak – odpowiada kuchareczka zabierając się za ubijanie białek.

* * *

Uczynić wiarę codzienną rzeczywistością, zanurzyć w niej zwykłe dni jak się zanurza kwiaty w wodzie. Zwykłymi rozmowami przy pieczeniu tortu, obieraniu ziemniaków do obiadu, zbieraniu grzybów w lesie. Bez wykrochmalonego kołnierzyka, garnituru i bez dzwonienia dzwonów na kościelnej wieży.
Po prostu.
Z poklejonymi palcami, usmarowaną buzią, w fartuszku, ze ścierką w ręku.

* * *


” Czy zdajesz sobie sprawę, ilu grzeszników możesz ocalić w jednym swoim dniu? ” – zapytał kiedyś Jezus Gabrielę, gdy biegła ulicą pewnego ranka.