piórko na dłoni

Dziś usłyszymy twarde słowa, prawdę bez znieczuleń i okładów.
” Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”
Zaczyna się Wielki Post. Dla naszej rodziny bardzo często jest to czas dramatyczny, bo – oprócz rekolekcji parafialnych – otrzymujemy nasze własne rekolekcje i naszą własną drogę krzyżową do przebycia.
Jednego roku to była śmierć mojego taty, w innym – nasze dzieci wylądowały w szpitalu z powodu wirusa, a ja wraz z nimi, innego, dokładnie w Środę Popielcową mój mąż trafił na SOR i wykryto olbrzymi guz na nerce. Szpital, operacja, walka o życie. Był też Wielki Post, gdy umarła moja przyjaciółka, a ja zapadłam się w smutek, albo taki, gdy ciąża Lalcią wisiała na włosku. W innym mój mąż miał wypadek samochodowy. Parę lat temu – operację usunięcia części płuca.
Mogłabym tak długo wyliczać…

Ci, którzy czytają mnie od dawna, byli modlącymi się wraz z nami świadkami naszych krzyży. Jeszcze też Wam za to dziękuję🩷

*  *  *
Dlatego w czasie Wielkiego Postu dokładnie wiem kim jestem i co znaczę. Naprawdę jestem wtedy roztarta na proch i rozsypana. Jestem wdeptana i roztarta nogami.
A jednocześnie… tak bardzo otulona czyjąś ręką i tak prowadzona.
Bo zawsze wszystko w końcu znajduje happy end i wylewają się strumienie łask.
Bywało, że nasz krzyż zaczynał się dokładnie w Środę Popielcową, a kończył w nocy w Wielką Sobotę.
Wielkanoc była wtedy naprawdę i dotykalnie Zmartwychwstawaniem.

*  *  *
Wiem, że gorszę pewnie teraz niektórych tym wyznaniem. Tych, którzy uważają, że skoro Jezus wszystko już załatwil i spłacił cały dług, to my nie musimy nieść żadnego krzyża.
Gorszę też tych, którzy i tak już mają za złe Bogu, że jest tyle cierpienia na świecie.
To nic.

Ja nie mogę się wyprzeć krzyża i będę go głosić nawet jeśli dla świata jest on zgorszeniem. Krzyż jest jak pług, który przeorał moje życie, ale ja wciąż mam siłę się uśmiechać. Nie moja to siła – dodam:)

*  *  *
Dziś, gdy spacerowałam z różańcem po podwórku, znalazłam małe piórko zaplątane w krzew. Wzięłam je w rękę, a ono zatrzepotało na wietrze.
I usłyszałam słowa bardzo podobne do tych o prochu, lecz powiedziane z taką miłością i troską.
Jesteś piórkiem targanym wichurami świata. Ale spoczywasz bezpiecznie na Mojej dłoni. I – jeśli tylko zechcesz – doniosę cię do Mojego domu. Nie bój się. Nic ci nie grozi, choć jesteś taka maleńka.”

Wierzę Mu.🩷

Życzę Wam Wielkiego Postu na dnie Jego Dłoni🌸

6 thoughts on “piórko na dłoni

  1. Cóż, w cierpieniu nie ma nic fajnego. Chociaż, zaskakująco wiele rzeczy się wtedy w głowie prostuje. Co jest naprawdę bezcenne, a co – nic nie warte.

  2. Niezależnie od tego, co myślimy w kwestii „czy musimy nieść krzyż” (w sensie: czy nasze cierpienie jest potrzebne, skoro dzieło Odkupienia się dokonało), pozostaje zwykły brutalny fakt: cierpienie jest. Wciąż jest. A skoro jest, to lepiej jest nieść je wraz z Nim.

  3. Ja wiem tylko, że to nie Bóg jest sprawcą cierpienia. Godzę się na to, że nie rozumiem czemu jest gdy nie widać logicznego powodu.

  4. z czasem zaczynamy rozumieć coraz więcej, dlaczego przyszło, co przyniosło oprócz bólu i jak nas zmieniło… choć myślę Agajo, że tutaj do konca nie odkryjemy sensu wielu rzeczy, są po prostu nie na naszą głowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *