pejzaż

Lubię iść na spacer z mężem. Lubię spacerować z moimi córkami, zbierać z nimi kwiaty, trajkotać, wzniecać stopami obloczki kurzu na wiejskiej drodze latem, lub wędrować przez skrzące białe pole z moim synem. Z każdym z nich jest inaczej, każdy spacer jest inny.

Lubię też czasem powędrować sama. Sama sobie dotrzymać towarzystwa, zrównać krok z własnym tętnem, zatrzymać się nagle lub skręcić, gdzie nogi poniosą.

Biorę wtedy zwykle różaniec, a nawet jeśli nie, to i tak wciąż w myśli wplątuje mi się modlitwa lub wdzięczność. Jak wstążka lub nitki babiego lata we włosy.
Gdy jestem sama, nie krępuje mnie niczyj wzrok, gdy głaszczę korę drzewa, albo całuję małe zielone pączki na końcach gałązek. Mogę dotknąć z czułością miękkich kłosów dzikich traw, pomyśleć od kogo i dla kogo ta finezyjna  koronka ze śniegu na resztkach pajęczyny. Zanurzyć się w ciszy, nikogo nie zabawiając konwersacją. Rozwikłać zagadkę małych tropów na śniegu.

Warto tak czasem pobyć samemu, złapać dystans do innych, spotkać siebie, zdjąć wszystkie maski i porzucić role, w jakich obsadziło nas życie. Nie oglądać się wstecz, nie wybiegać w przyszłość.

Być tu i teraz, tylko sobą, nikim innym, cała uczepiona wzrokiem błękitu nieba, z dłonią miękko głaszczącą zieloną sierść mchu na drzewie, z uszami pełnymi szumów, skrzypień i ptasich treli.

Pejzaż z widokiem na życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *