Taką opowieść z życia świętego Antoniego usłyszeliśmy kiedyś w Radecznicy.
Historia ta opowiada o tym jak niemalże zostal otruty.
Nawołując bowiem gorliwie do nawrócenia i piętnując grzeszne życie, naraził się pewnemu możnemu i proporcjonalnie do majętności niegodziwemu człowiekowi. Ten tak go znienawidził, że pewnego dnia urządziwszy przyjęcie, zaprosił nań świętego i kazał postawić przed nim talerz z zatrutą zupą.
Myślał, że w ten sposób za jednym zamachem pozbędzie się i wroga i wyrzutów sumienia, jakie w jego sercu wzbudzały kazania Antoniego.
Antoni jednak, zanim sięgnął łyżką po strawę, wstał i powiedział:
– Duch święty objawił mi, że kazałeś dodać do mojego talerza trucizny, ale teraz na twoich oczach zjem to, a Bóg wybawi mnie od śmierci.
Po czym krótko pobłogosławił stół i jedzenie i zaczął jeść.
Oczywiście eksperyment zakończył się szczęśliwie dla obu, gdyż Antoni w dobrym zdrowiu żył jeszcze wiele lat, a nikczemnik, który chciał go otruć, nawrócił się.

* * *
Podczas pandemii mój lekarz, który uważał, że covid jest wymyślony, chorzy udają chorych, umierający- umierają na niby, a szczepionka to trucizna, ostrzegał mnie, że jeśli się zaszczepię, umrę w 2024 roku, bo to jest już ukartowane.
– Umrze pani – straszył mnie.
– Liczę się z tym panie doktorze – odpowiadałam spokojnie, bo przecież każdy z nas umrze.
Zostałam zwyzywana przez niego od wariatek, a gdy zachorowałam na covid – wyśmiał mnie, że udaję i powiedział, że moje objawy to tylko wpływ pogody.
Podobnych ludzi spotkałam wielu. Może działali w dobrej wierze, lecz siali zamęt i panikę.
A ja musiałam się zaszczepić, ufając, że preperat – choć może nie do końca sprawdzony i nie do końca przebadany – nie uczyni mi krzywdy.
Musieliśmy się zaszczepić i ja i mój mąż, który w tym czasie miał być poddany kolejnej ciężkiej operacji związanej z nowotworem, i nasza najstasza córka, która pracowała wówczas w szpitalu.
Przypominałam sobie wtedy tę historię o Antonim i tak jak on polecałam siebie i moich bliskich Bogu.
” a jeśli by co zatrutego zjedli, nie będzie im szkodzić” – powiedział kiedyś sam Jezus.
Zaszczepiłam się dwukrotnie, też w dobrej wierze i pokładając ufność w tych słowach.

* * *
Ten lekarz zmarł nagle na początku tego roku.
Był mniej więcej w moim wieku, więc było to zaskoczeniem dla wszystkich.
Ja wciąż żyję.
Rok 2024 jeszcze się nie skończył, więc wszystko się jeszcze może zdarzyć. Ale póki co, żyję i dobrze się miewam:)
Jak Antoni po zatrutej zupie.
Bo, gdy nie mamy wystarczającej wiedzy ani doświadczenia, gdy nasz rozum zawodzi i jesteśmy w przysłowiowej kropce, nasz ratunek jest w imieniu Pana i w ufności w Nim pokładanej.
Ps. Codziennie modlę się o wieczny odpoczynek dla mojego byłego lekarza. Był dziwnym człowiekiem, mieszanką dobroci i jakiegoś szaleństwa. Nie było w nim pokoju. Jeśli będziecie pamiętali, to i Was proszę o modlitwę🙏

W lekarzach chyba często jest taka dziwna (dla nas – nie lekarzy) mieszanka, może wynika z tego, z czym się muszą zawodowo mierzyć? A co do „liczenia się z tym”. Niedawno poznałam serdeczną znajomą, poniekąd duchową wychowankę świetnej poetki Joanny Kulmowej. Opowiadała, że Kulmowa przekazała jej taką myśl – człowiek jest prawdziwie dojrzały dopiero wtedy, gdy na serio liczy się z własną śmiercią.
ja od czasu choroby mogą jego męża, przy wszystkich planach dotyczących przyszłości dodaję zawsze: jak dożyję:)