Kolejna choroba i kolejne rekolekcje. Tym razem wirus wywracający jelita od podszewki. Pewnie moje maluchy z przedszkola mi go sprzedały:)
Oby do jutra przeszło, bo mam dla nich przygotowane zajęcia o Polsce i biało – czerwonej fladze.
Tymczasem biało- czerwona powiewa na wietrze, umocowana drzewcem do paulowni, a pnąca róża przytrzymuje jej róg. Więc, gdy wieje wiatr, flaga napina się jak maszt żaglowca sunącego pełnym morzem.

Ja, nieco osłabiona tym nowym wirusem, obejrzałam sobie mszę on – line. Uwielbiam wyszukiwać sobie nowe kościoły, gdy jestem chora i uczestniczyć w mszach odprawianych setki, a nawet tysiące kilometrów stąd.
Jeden z cudownych owoców niedawnej pandemii, to właśnie te msze w niezliczonej ilości transmitowane z całego świata dla starszych, chorych i kalekich. Uczestnictwo w takiej mszy nieodmiennie przywołuje we mnie słodkie przypomnienie powszechności Kościoła. A to jedna z prawd tak często zapominanych.
Potem różaniec przy świecy zapalonej u stóp Matki.

Powrót rodzinki ze mszy, wspólny pyszny obiad, ciasto, kawa, krótki spacer z mężem po podwórku tylko. Przez stalowe niebo przedarło się jak przez zasłonę słońce, rozprysnęło się na złotych liściach brzóz. Znalazłam ostatnie kwiaty w trawie i skomponowałam może ostatni już bukiet tego roku.
– Nadają śniegi – oznajmił mężulek, gdy weszliśmy do ciepłego domu – Ale jeszcze nie u nas. – uspokoił.
– Pewnie w górach – próbowałam zgadnąć.
– Tak. Chyba tak.
Daleko jesteśmy od gór, ale to nie przeszkadza nam czuć w kościach śniegów, które tam spadły i w głowie – halnego, który tam wieje.

Siedzę teraz i doznaję rozterki, bo dwa pragnienia na raz ciągną mnie w dwóch różnych kierunkach. Albo zostać tu, pod góralskim wełnianym kocykiem w kwiaty i czytać dalej książkę o Ojcu Pio, której połowę już połknęłam wczoraj ( wspaniała!!!), czy też wspiąć się na antesolę, rozłożyć farby i pędzle i namalować kolejny portret Maryi lub Jezusa.
A może to nie są dwa różne kierunki? Może kierunek ten sam, tylko dwie różne drogi:)
Aż sama jestem ciekawa co we mnie zwycięży.
Dzielę się tym z mężem, a on od razu wpada na świetny pomysł:
– Bilokacja! Jak ojciec Pio!
🙂
Pomysł zaiste świetny, lecz w moim przypadku – niewykonalny.
Muszę więc kombinować jak zwykły śmiertelnik.
Może teraz – póki jeszcze światło dnia – pójdę malować, a nocą będę czytać i zasypiać ze słodkim uczuciem bliskości świętego zakonnika.
