Lubię dalekie pohukiwania burzy. Nie wiem dlaczego, ale budzi się we mnie oczekiwanie. Na co czekam? Nie wiem. Może na jej potęgę, szaleństwo, siłę. Odczuwam nadzieję, nie strach.
Lubię ten gorzki zapach, gdy zrywam przekwitłe kwiaty aksamitek. Ręce potem długo pachną czymś dzikim, nieokiełznanym, tajemniczym, tak niepodobnym do zapachu innych kwiatów, a jednak uwodzącym.

Albo woń piołunu rosnącego tuż przy polnej drodze. Jakaś nieprzejednana gorycz, która pociąga i kusi, by potrzeć liść i przyłożyć do nosa.
Jest też pewien rodzaj rozkoszy w dłoniach poparzonych pokrzywą. Nie, nie do końca to jest ból tylko. Jest coś jeszcze zamkniętego na dnie tego cierpienia. Nienazwane coś. Sekret.
❔❔❔❔❔❔
W tym wszystkim jest jakieś nad…, ponad…, poza… niezrozumiałe a pociągające, inne a swojskie.
Jakieś wołanie tajemnicy większej niż można zrozumieć, lecz zaprzeczyć jej istnieniu nie sposób.
Jakieś przeczucie, że niekoniecznie wszystko wiemy i że tyle jest spraw, których nie zrozumiemy nigdy.
Nigdy, bo nas przekraczają nieskończenie. Transcendentalnie. Zawsze poza.
Uciekają nam, rozpływają się zanim spojrzymy, przeciekają przez palce zanim chwycimy, uciekną zanim się obudzimy, nie pozwolą nadać sobie nazwy.
Wołanie czegoś spoza tego świata.
Słyszycie je czasem?
