Mam takie dni.
Raz na jakiś czas, od czasu do czasu, bywają, rzadko, cyklicznie, niespodziewanie, często.
Nawet trudno określić regułę ich występowania. Bo zdarza się, że kilka dni z rzędu jest właśnie takich, lecz jest i tak, że długo długo nic, a potem wystrzeli któryś jak fajerwerk. Bywają takie soboty, prawie wszystkie, ale i wtorki, czwartki lub niedziele. Trudno to odgadnąć, bo choć poniekąd masz na nie wpływ, to jednak nigdy nie przewidzisz jak będzie.
Są jak cud.

Dni tak barwne i wypelnione po brzegi, że trudno je nawet opisać czy jak snop zboża zebrać wieczorem i związać powrósłem. Nie mieszczą się w ramiona, wyobraźnię, słowa.
Są jak ten dywan w dużym pokoju mojego rodzinnego domu. Mnóstwo barw, wzorów, kwiaty, esy-floresy, geometyczne i zupełnie nie, kształty przypominające pnącza roślin i zwierzęce pyszczki. Całe dzieciństwo spędziłam na nim, wodząc palcem po jego liniach, przekładając włos tak, by ornament był wypukły, próbując nazwać choć niektóre detale, układając gry na jego planszy
I takie dni mam w moim życiu. Takie jak ten barwny dywan.

Dziś był jeden z nich.
Słoneczny i z wiatrem o zimnym oddechu, pełen zajęć, a jednak odpoczęłam nim tak bardzo. Z dobrym jedzeniem ( resztki świąteczne) i miłymi rozmowami, pełen planów i ich realizacji. Wśród rodziny, lecz także gość się znienacka pojawił. W domowych pieleszach, lecz i z wypadem do miasta po nową firankę. Z zajęciami prozaicznymi jak gotowanie rosołu i zmywanie, ale także rozwijając skrzydła wyobraźni przy robieniu wiosennego wieńca i wyszywaniu płóciennego serduszka. Nasze w pocie czoła wycinanie dzikiego zagajnika i relaks przy muzyce i herbatce z cytryną. Modlitwa i praca. Bycie razem i samotne chwile zadumy. Śmiech i przekomarzanki i snucie poważnych tematów. Marzenia o przyszłości i wspominki. Film, książki, bukiet forsycji, śpiew rudzika…
Było w nim wszystko, różności i przeróżności, rzeczy, które z pozoru nie pasują do siebie, a potem okazuje się, że tworzą doskonałą pełnię.

* * *
W takie dni łatwo jest być wdzięcznym, radosnym i zadowolonym. Nic nie kosztuje uśmiech, a sen przychodzi szybko i lekko. Serce wciąż wyśpiewuje hymny pochwalne.
Wiadomo – przyjdą dni chudsze, bardziej dżdżyste, gdy wysiłkiem ponad miarę wyda się samo podniesienie powiek.
Ale może serce nauczone pieśni wdzięczności, nie zapomni jej tak szybko. Serca są pojętne.
I zanuci cichutko nawet w mroku: Bądź pochwalony za wszystko.


I zapisywanie takich „tłustych dni” też jest treningiem wdzięczności… Dla mnie, w perspektywie psychologicznej, jest też zapełnianiem spiżarni na „dni chudsze”. Otwarcie słoika konfitur z tej spiżarni czasem dobrze robi.
Tak, i nie tylko temu, który zapisuje. Najeść się może więcej osób:)