Pisałam tu kiedyś o naszym własnym krzyżu, o chorobie nowotworowej mojego męża, o tym jak nagle spadł na nas parę lat temu w Środę Popielcową. Dziś jest rocznica dnia, gdy krzyż został wyłożony nam na ramiona. Piąta rocznica.
Wciąż go niesiemy, bo rak nie odpuszcza tak szybko. I rok temu – gdy pojawił się przerzut na płucach – krzyż znowu rozerwał nasze rany.
Dziś czekamy, za kilkanaście dni kolejna tomografia. Zawsze, gdy odbieramy jej wyniki, stajemy jak przed trybunałem, czekając na wyrok. I powtarza się w naszym życiu pierwsza stacja drogi krzyżowej. Co kilka miesięcy. Struchlały człowiek przed Piłatem.
Pisałam Wam o tym krzyżu i wielu innych w naszym życiu. O zadziwiających Wielkich Postach, które dla naszej rodziny niemal co roku przynoszą nowy krzyż i równie zdumiewających Wielkanocach, gdy zmartwychwstajemy razem z Jezusem, wychodzimy z grobu i żyjemy dalej. Jak On.
Wiele razy zadawałam sobie pytanie: dlaczego Bóg dopuszcza na nas krzyż?
Wiele razy Jemu to pytanie zadawałam, leżąc bez sił przygnieciona cierpieniem.
A On zamiast odpowiedzi pokazywał mi owoce zrodzone na tym krzyżu. Niesamowite owoce: nawrócenia, pojednanie ludzi, solidarność między tymi, którzy dotąd walczyli, przemianę myślenia, skruszenie betonów niezgody, bezinteresowne odruchy pomocy, problemy które same się rozwiązywały, sprawy, które same się załatwiały, prostowanie dróg, przemianę serca, odnowianie relacji… Mogłabym tak długo wymieniać.

Zrozumieliśmy wtedy, że krzyż jest najpłodniejszym drzewem świata. Nie jabłoń, nie grusza i nie śliwa, lecz krzyż przeżywany z Bogiem.
* * *
Dziś żyjemy w cieniu innego krzyża – wojny na Ukrainie. Dla mnie osobiście jest on bardzo ciężki. I znowu – jak zawsze – pytam dlaczego.
* * *
Parę miesięcy temu namalowałam obraz. Nadałam mu tytuł: Chrystus ukrzyżowany na ciemności świata.
Czasem tak właśnie jest, robimy rzeczy nie rozumiejąc dlaczego. Malując to rozciągnięte pośrodku czerni białe Ciało, robiłam to pod wpływem impulsu. Jakbym była tylko biernym narzędziem.
Ale to obraz pełen nadziei, bo w morzu ciemności błyszczą niezliczone mniejsze i większe światła, a serce Umierającego rozlewa złoty blask na zniszczoną, kamienistą, obumarłą ziemię.

– Wiesz ile dobra się dzieje z powodu tej wojny? – powiedział mi dziś rano przy stole mąż – Śmieją się nawet, że Putin jest geniuszem, bo sprawił, że w ciągu sześciu dni wydarzyły się rzeczy, które dotąd wydawały się niemożliwe.
I zaczynamy oboje wymieniać to wszystko, a oczy coraz bardziej się nam otwierają i widzimy… jasne światła w morzu ciemności.
Obudzenie sumień państw zachodu, olbrzymia solidarność w działaniu, zażegnanie wszystkich innych sporów, swoista „wiosna ludów” w której zwykli obywatele zrozumieli, że mogą wpływać na to, co robią ich rządy, odsłonięcie wielkich pokładów zwykłej ludzkiej przyzwoitości i dobroci, przebaczenie polsko – ukraińskie, przywołanie do porządku skorumpowanych organizacji, zatrzymanie nord steam, uniezależnienie energetyczne Europy, wniosek Ukrainy o przyjęcie do Unii Europejskiej, to, że wyśmiewany dotąd i pogardzany prezydent Żełeński stał się bohaterem narodowym, rodzenie się na naszych oczach świadmości narodowej Ukrainy, powstają ich narodowe legendy, symbole, bohaterowie, pieśni, miejsca pamięci, o których będą się z dumą uczyć ich wnuki i prawnuki.
Bo tak właśnie jest – naród zawsze rodzi się w bólach. Jak każdy z nas urodził się z bólu swej matki. Każdy z nas jest przecież owocem krzyża.
Może też – tak bardzo tego pragnę – obudzi się ten biedny, okłamywany od dziesięcioleci naród rosyjski. Piękny olbrzym, który został uśpiony i zniewolony tym snem.
I znowu – możnaby tak wymieniać bez końca owoce, jakie dojrzewają na krzyżu wojny ukraińskiej.
Niestety żniwo śmierci i zniszczeń jest wielkie, więc musimy walczyć wszyscy.
Każdy tak jak potrafi. I tak się dzieje.
Ci, którzy umieją gotować – gotują, ci co umieją hakować – hakują, tłumacze – tłumaczą, kupujący – bojkotują, sportowcy – odmawiają udziału w zawodach, ci, którzy umieją śpiewać – śpiewają, poeci – piszą, reporterzy – relacjonują, wierzący – modlą się i poszczą, dyplomaci – negocjują, kierowcy – przewożą, dzieci – zbierają słodycze, księża – odprawiają msze, matki – tłumaczą swoim dzieciom czym jest ojczyzna i wolność, mężczyźni stają się mężczyznami, długie kolejki płyną do konfesjonałów…
Niemen śpiewał : ” Bo ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim.”

Dziś te słowa brzmią jak prorocze.
Krzyż Ukrainy obudził wszystkich nas.
Wstrząsnął światem.
Zapytał: dokąd idziecie?
Zatrzymał na skraju przepaści.
Jak 2 tysiące lat temu krzyż Chrustusa.
Zaczyna się Wielki Post. Może najważniejszy w naszym życiu.

Rut dziękuję!Tyle tylko mogę napisać,tak bardzo przeżywam to wszystko,co dzieje się obok,co dzieje się wokoło.Jestem z okolic Przemyśla,to co widzimy jest straszne,ale i budujące,gdy popatrzy się na zjednoczenie ludzi w działaniu,zjednoczenie,które wcześniej byłoby niemożliwe.Modlimy się i pomagamy,każdy jak może,jesteśmy pełni obaw,ale i nadziei,że z tego nieszczęścia z tego bólu zrodzą się dobre owoce,że jeszcze zaświeci piękne słońce.Rut pozdrawiam i życzę Bożego błogosławieństwa dla całej Twojej Rodziny.🙏
Basiu, co dzień niemal oglądam filmy z Przemyśla jak tam pomagacie tysiącom ludzi. Płaczę oglądając biedę uchodźców, ale też ze wzruszenia, że tyle dobra jest w ludzkich sercach. I to dobro i światło zwycięży. Wiem to napewno. Niech Tobie i Twoim Bóg ześle wszystkie łaski.
Rut, pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie obraz, który dziś przypomniałaś. I jego tytuł: Chrystus ukrzyżowany na ciemności świata.
Teraz ciemność jest wielka i krzyż Chrystusa ogromny. Drzewo najbardziej płodne. Amen!
Wierzę Alu, że owoce tego krzyża będą przeobfite i trwałe.
Rut, dzięki!
Amo❤️
Przyjaciółka w sobotę jedzie przywieźć kogoś z granicy i zawieźć tam dary… Od rana pakuję worki do samochodu, przekażę jej.
To sprawy materialne, a z tych mniej materialnych myślę że ważna jest modlitwa, może paradoksalnie bardziej za nieprzyjaciół nawet, niż tych pokrzywdzonych. Ponoć powstają róże różańcowe za Putina. Na początku myślałam, że to jakiś hardkor, ale w sumie to kwintesencja chrześcijaństwa.
Dobry Popielec.
Tak, Riv. Ja też modlę się za niego. Bardzo mi go szkoda. Modlę się o zbawienie, bo po ludzku jest skończony.
Napisałam nawet o tym notkę, ale obawiałam się jej publikować żeby nie być źle zrozumianą. Ale teraz chyba wstawię ją, przecież zrozumiecie, jesteśmy wszyscy z „rodu Józefa”💙