– Tatusiu Muminka!!! – krzyczę w stronę nadchodzącego – Posiedzisz ze mną i poczekasz na Bukę? – pytam już ciszej zbliżającego się.
Moszczę się właśnie na kolorowym leżaku, opatulam dokoła wiekowym pledem w paski, co to go mężulek wniósł w wianie do wspólnego gospodarstwa:)
– Buka idzie. – tłumaczę wskazując niebo o kolorze mokrego betonu.
Odległe huczenie i buczenie potwierdza tylko moje słowa.

Mąż staje obok i uśmiecha się.
Wie o co chodzi. Nie muszę mu nic tłumaczyć. Zna i swoją żonę zbzikowaną i tę słynną scenę z Muminków, gdy nadchodzi groźna Buka, a rodzina Muminków czeka na nią z drżeniem serca na werandzie swojego domu.
Nie mamy co prawda werandy, ale nasze patio – częściowo zadaszone od góry zielonym balkonem – nada się wyśmienicie.
Buka jest dokładnie taka jak w bajce – bura i hucząca, omiatająca wszystko chłodem i świszcząca wiatrem.
Tylko brakuje przerażenia w sercu, bo burze nie są dla nas straszne i lubimy na nie czekać i je oglądać.
Siadamy więc sobie pod zadaszeniem, Nusia przynosi mi herbatę imbirową, mąż zagryza strach miętową czekoladką, a dziewczynki zakładają kroksy żeby pobiegać pomiędzy pierwszymi nabrzmiałymi kroplami deszczu.
Tak długo był upał i spiekota.
Wszystko wokół czeka i drży z podniecenia przy każdym głuchym pomruku. Drzewa szepczą modlitwę błagalną o deszcz. Pewnie tę samą, którą czasem intonuje w czasie susz nasz znajomy organista: „Boże Abramów…”
Ala też się przysiada, a syn zawisa ciężko na oparciu mojego leżaka w tropikalne kwiaty.
Dziewczynki z piskiem wskakują do domu. Równa grzywa deszczu opadła na ziemię. Daleki flesz światła rozjaśnił na chwilę niebo.
Jest. Zaczęło się. Przyszła.

Siedzę zupełnie jak Mamusia Muminka, otoczona swoją rozgadaną gromadką, na werandzie swojego domu, z kubkiem gorącym w łapkach. Myślę nawet przez chwilę czy by nie pójść i nie przynieść mojej muszli potrzebnej do ubłagania Buki żeby sobie poszła. Ale myśl tę odganiam szybko jak muchę.
Wolę patrzeć jak rozsiada się szara plucha na moich kwiatach, trawach i zemdlałych krzewach.
Jedyne co mnie teraz różni od Mamusi Muminka to brak białego ogonka:)
Bo znikam też czasami zupełnie jak ona.
– Mamo, mamo!!! – rozbrzmiewa wtedy niemal natychmiast świergot Laurki, a zaraz po nim tupot stóp wielu. Trwają poszukiwania:)
– Aaaaa!!! Tu się ukryłaś! – odkrywa najstarsza córka, zaglądając za skrzydło zielonych drzwi.
– „Mamy nie gubią się tak łatwo. – zaczynam z pamięci cytować fragment książki Tove Jansson – Zawsze je można znaleźć w jakimś kącie…
– Wystarczy tylko poszukać.” – kończy cytat Ala.
Posyłam jej uśmiech za skrzydło zielonych drzwi.
– Pamiętasz – mówię.
Od-uśmiecha się kocio.

Choć, gdy ktoś mnie pyta z kim utożsamiam się najbardziej, odpowiadam zawsze: Z Włóczykijem.


Właśnie zdążyłam uciec przed burzą 🙂
A że teraz robię korektę książki, w której większość bohaterów to męczennicy, to nawet się ucieszyłam, że to tylko buka.
Andrzej Bobola też był??
Nie, to ta książka o kapłanach z naszej diecezji, już końcówka. Ale myślę, że Bobola to się wstawiał, żebym dała radę te 150 nazwisk + kilkanaście dodatków jakoś opracować 😉