Rut usiłowała rozdwoić się na działce.
Jedną ręką woziła śpiącą Laurkę w wózku, drugą – prawą porządkowała mały ogródek przy budynku.
(Zupełnie jak Izraelici odbudowujący Jerozolimę: w jednej ręce – murarska kielnia, w drugiej – miecz dla obrony przed wrogiem.)
Laurka nie wożona, obudziłaby się „wtimiga” ( dla Zachodu Polski : „szybko”), a ogródek nie odgruzowany po remoncie dachu, mógłby już nigdy nie dojść do formy.
Ale proces rozdwajania Rut ma opanowany do perfekcji. W tak pracowite soboty jak ta musi się roztroić albo rozczworzyć.
„Dzięki Ci Boże, że uczyniłeś mnie mężczyzną” – modlili się pobożni Żydzi.
„I za co tu dziękować?” – myśli Rut – przekora – „Mężczyzna jak kopie to tylko kopie, jak grabi – to tylko grabi, jak śpi – to tylko śpi…”
Dziękuję, że raczyłeś Panie stworzyć mnie kobietą.
Gotując – zmywam podłogę, piorę i prasuję. Jedząc – karmię dziecko, podlewam kwiaty i robię herbatę. Śpiąc – czuwam, opatulam kołderką i patrzę księżycowi w twarz.
A na działce?
Mężulek co prawda obiecywał, że bobaskiem zajmie się sam osobiście, a ona będzie mogła oddać się szaleństwu z grabiami, pazurkami, łopatką i z czym tam jeszcze jej do twarzy. Na miejscu jednak zew pracy okazał się tak silny, że po pierwszym kwadransie przykładnego tatusiowania, Miś porzucił wózek na rzecz taczki i łopaty.
Na bolesny wyrzut Ruciny : „ale to ja miałam dziś pracować na działce” odparował krótko: „nie dasz rady wozić taczką i zgarniać łopatą”.
„Dam” – jęknęła cichutko.
Przecież prawie od roku o tym marzy, by się ciężko spracować na świeżym powietrzu, poczuć kłujące szpileczki w oskrzelach, szum krwi w skroniach, a następnego dnia obudzić się z obolałymi mięśniami i odciskami na dłoniach.
O takich prostych rzeczach się marzy kiedy wiele miesięcy wegetujesz prawie w bezruchu.
Upraszcza się rysunek planów do kilku grubych kresek. Jak czarno-biała grafika.
Pobiec kawałek przez las.
Położyć się na trawie i poczuć jej ciepły wibrujący zapach wokół twarzy.
Zmęczyć się aż przed oczami zaczną fruwać czarne płatki.
Pchać ciężką taczkę.
Przesunąć kamień.
Nic więcej. Żadnych fanaberii. Esów – floresów. Plątaniny barw.
Żaden tam Monet z jego makami, nenufarami, wschodami słońca.
Kilka prostych kresek.
Grafika.
