Nazwa „rotawirus” pochodzi ponoć od „koła”, bo
A) wygląda pod mikroskopem jak koło od wozu drabiniastego – takie z drewnianymi szprychami
B) przetacza się po całej rodzinie jak ciężka artyleria.
Pewnie nikt nie uwierzy, a wielu uzna to za Prima Aprilisowy żart, ale nigdy do tej pory nie chorowaliśmy na rotawirusa.
Do tej pory!!!
Do przedwczoraj był dla nas kimś z rodzaju mitycznych stworów, co to się słyszało tu i ówdzie, że istniały, że spustoszenie siały, że zbierały swe żniwo, ale nigdy naocznie o tym nie przekonało.
Teraz już jakby mocniej wierzymy, ze istnieje.
Ba, jesteśmy w stanie wojny z nim.
Ofiar w ludziach jeszcze nie ma, ale Nusia bledziutka, śpiąca, osłabiona. Tak ze trzy, cztery razy w ciągu dnia biega do łazienki, ze dwa razy zwymiotowała. Wciąż nawadniamy wodą wzbogaconą o elektrolity, oryginalną odgazowaną colą, bo – wedle wierzeń – jak ona nie pomoże to nic nie pomoże, herbatką. Do tego paluszki słone, bo sól zatrzymuje wodę w organizmie. Gorzej z innym jedzeniem.
Ale udało się i zjadła kilka łyżeczek puree ziemniaczanego.
Druga ofiara, czyli Laucia zrobiła pierwszą ( o jaką wielką nadzieję nosimy w sercu, że ostatnią!!!) wodnistą kupkę i rozanielona, roześmiana poszła na poobiednią drzemkę. Po drzemce może się okazać wszystko. Jeśli stan rozanielenia się utrzyma – jesteśmy na dobrej drodze.
Inne potencjalne ofiary wciąż w dobrej formie, śmieją się niebezpieczeństwu w twarz.
Jak długo? – trudno zgadnąć.
Na pociechę króliczek puchaty made in Anett. Króliki szybko się rozmnażają:)

I anegdotka o Lauci – dobrym serduszku.
Na obiadek dziś była wątróbka drobiowa z cebulką i ziemniaki. W ziemniakach maminych córeczka łyżką pogrzebała, na odczepnego ( bo mama jak zwykle nalegała żeby jeść) wcisła trzy kawalątka wątróbki w pyszczek, a potem wyrwała się i z czwartym kawalątkiem nadzianym na widelec stanęła na swym strategicznym miejscu.
Strategiczne miejsce to bardzo miły zakątek na jednym z zielonych krzeseł, tym najbliżej okna jasnego i grzejnika ciepłego.
Zakątek jest atrakcyjny z wielu powodów.
Jest tu parapet usiany wielkanocnymi ozdobami, które można potarmosić. Jest tu stary radiomagnetofon z CD – prezent ślubny mamusi i tatusia, w którym po tylu latach już tylko radio działa. Można więc to cacko pykać i pstrykać do woli, ściszać, basy włączać, stację przestawiać z Trójki na co – nie – bądź, klapkę CD otwierać i rączkami gmerać. No i największa atrakcja Zakątka Zielonego Krzesełka – widoki za oknem. W tym: staw z kaczkami i gąskami mieniący się jakby był z płynnego srebra, trzy koniki brykające po łące, brum-brumy wszelakie po szosie sunące, gołębie szusujące w przestworzach, ludzie na nogach i na kołach, pięć psów stacjonarnych i wiele szwendających się po ulicy. Te ostatnie stworzenia Laucia darzy miłością najbardziej płomienną.
Tak więc stoi sobie i dźwiękiem szczekopodobnym komunikuje jedzącej rodzince, że właśnie pieska zoczyła. Niewielkie to robi wrażenie na pozostałych. Jedzą sobie, rozmawiają w najlepsze, martwią się rotawirusem, gdy nagle do uszu maminych dociera, że szczekanie ustało, a pociecha wydaje odgłos sugerujący jedzenie.
– Am-am. Am-am. – pieje uradowana Laurcia i kawalątek smakowity wątróbki do szyby przykleja tu i tam, by psiarnię za oknem obdzielić sprawiedliwie.
Po długich tłustych śladach na oknie wnioskować należy, że karmienie zwierzątek trwało już od jakiegoś czasu i żadna psina dziś już głodna nie będzie.
Jeśli zaś ktoś nie miał pretekstu do ponownego, przed-świętnego mycia okien, to teraz go już ma:)
Jak tylko gardło przestanie boleć, a rotawirus wróci na karty mitologii.
