refleksja nad kościotrupem

 

Prowadzamy sobie też ostatnio poważne rozmowy o śmierci. I to prowadzamy je z Laurką. Prowadzamy jak mnisi klauzulowi po klasztornym dziedzińcu:)

I oto dzisiejszego, nieco pochmurnego poranka dosiada się do mnie na rozłożystym nowym łóżku Nusi.

Ja czytam Pismo święte, a maluszek leżąc obok, popatruje na plastikowego kościotrupa. Niegdyś szkielecik należał do któregoś z wujków i był – zdaje się – zawieszką do kluczy. Swoją drogą bardzo pobudzającą do refleksji zawieszką. Memento mori.

To pobudzanie nadal szkielecikowi pozostało, bo dziecina nagle podnosi się z łóżka i zaglądając mi w oczy zaczyna monolog:

– Mamo, ja nie chcie ziebyscie byli stazi.

– Tak? – odrywam się od lektury.

– I nie chcie ziebyście umalli

– I nie chcie ziebyście byli w grupie*

– I ziebyście nie śli do nieba.

 

Monolog prawie hamletowski.

Tyle, że bohater Szekspira miał do dyspozycji jeno czaszkę, więc i monolog okrojony. Przy całym szkielecie oracja siłą rzeczy musiała być dłuższa.

 

– Ale w niebie jest dobrze. – włączam się w ciąg dalszy dramatu – Chcemy tam pójść. I ty też pójdziesz.

– Dobze. – zgadza się spolegliwy Hamlet – Ale nie umalniemy, co?- zastrzega.

– No to musimy się trochę postarać i dożyć do końca świata. – znajduję kompromis.

 

Umrzeć, albo nie umrzeć – oto jest pytanie:)

 

 

* nie chodzi bynajmniej o grupę świętych, ale o grup, tzn. grób:)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *