Gdybym kiedyś powiedziała mojemu chłopakowi: „wierzę, że jesteś, ufam, że jesteś dobry i chcesz dla mnie dobra” i na tym skończyła, nie bylibyśmy dziś małżeństwem.
Bo wierzyć komuś czy ufać to dopiero połowa drogi. Jej celem i spełnieniem jest miłość.
To dlatego Jezusowi nie wystarczyło wyznanie wiary Piotra gdzieś z połowy Ewangelii, lecz na samym jej końcu bierze przyjaciela na osobistą rozmowę i pyta:
„Piotrze, czy mnie kochasz? Bo mi nie wystarczy, że wierzysz. I tobie też to nie wystarczy, gdy przyjdą sztormy. Przekonałeś się już o tym tam, na dziedzińcu pałacu Arcykapłana, gdy się wyparłeś, że mnie znasz.”
Na samej wierze nic się nie zbuduje. To za mało. „Szatan też wierzy i drży” – jak mówi Biblia. I nic z tego nie wynikło, bo można wierzyć i nienawidzić. Można wierzyć i odejść. Kochać i odejść jest naprawdę trudno.
„Bo jak śmierć potężna jest miłość” i „w miłości nie ma lęku”, bo „prawdziwa miłość wydoskonala wszystko”. Ona tylko zostanie, gdy wiara i nadzieja już zgasną jak niepotrzebne gwiazdy. Bo są tylko gwiazdami przewodnimi, które prowadzą do celu. Ona – miłość jest celem.
Więc nie wystarczy w Boga wierzyć. Boga trzeba kochać. Wtedy dużo rzeczy staje się prostszych.
Karol Wojtyła w jednym ze swych wierszy napisał: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”.
Ona rzeczywiście tłumaczy rzeczy niewytłumaczalne przez rozum. Logika serca jest inna. Widzi w ciemności, ufa wbrew wątpliwościom, idzie bez nóg, mówi w milczeniu, słyszy w zgiełku, trwa po śmierci, czerpie moc z bezsilności, tracąc życie zachowuje je. Jest poniekąd szaleństwem.
Kto raz przeżył miłość, wie o czym piszę.
Szaleństwem było też pójść na krzyż. Ale miłość wszystko wyjaśnia.
Nie wiara.
Miłość.

Tak całkiem ubocznie, dzisiaj zaczęły się u nas rekolekcje i rekolekcjonista zaczął od zalecania, by na post, modlitwę i jałmużnę spojrzeć (w praktyce, tj. dobrać je sobie i zastosować) w perspektywie miłości, to znaczy tak, by służyły jej wzrostowi.
dobra sugestia:) przecież nie o doskonałość chodzi, lecz o miłość