Kolejny etap naszych metamorfoz tego miejsca.
Teraz czas na szopę przytuloną tuż za stodołą, taką z tych, co to na tym czasem doklejona, służy pół wieku. Skrzypi i się ugina, próchnieje i świeci wyłupionymi sękami, lecz stoi, wiernie chroniąc pod swym dachem co jej powierzono.
Nie pamiętam kiedy jej nie było. Dla mnie była zawsze. Trochę jak Sezam Alladyna, trochę jak schronienie, trochę jako nasz plac zabaw.
Teraz mój mąż zdecydował się ją rozebrać.
Siedzę obok tego rumowiska. Czuję się jakbym porządkowała cudze życie. Stary rower, stare zrejdzewiale coś wytaczamy z mężem i Nusią.
– Co to jest? – pytam – Wygląda jak stara lokomotywa.
– Frezarka – mówi mąż – Ale przerobię ją na rębak.
– Acha:)
Stary stół, stolik, więcierz na ryby, szafa z ramkami do uli, drewniane okna, cegły z komina, stara gazeta, kamień od żaren, mnóstwo desek, dużo nie wiadomo czego, butelka, jakiś haczyk, drzwi od domu babci…
– Pamiętam, że nigdy ich nie mogłam zamknąć jako dziecko – wspominam, naciskając klamkę – Tu widzisz jest taka sprężyna, była mocno naciągnięta i nie dałam rady przycisnąć klamki.

– Zobacz, judasz! – wykrzykuję, zaglądając w brudne małe oczko wstawione w skrzydło drzwi. Mój mąż widziany przez nie zmniejsza się do rozmiaru krasnala.
* * *
Czuję się jakbym porządkowała czyjeś inne życie, robiła jego przegląd, ostatecznie je żegnała, zamykała księgę o zakurzonych kartach.
Ich czas przeminął, teraz jest czas, który my oswajamy. Potem przyjdą inni.
– Ten stół zabieram – mówię.
Dotykam jego blatu ze zszarzałych desek, jest gładki jak skóra czlowieka, aksamitny, wypolerowany ziarnami czasu i zdarzeń. Wiem, że ma korniki i naderwaną nogę, że szuflady gdzieś zaginęły, ale chcę go zachować. Za wszelką cenę, ile się da, póki jestem…

Ja tylko porządkuję inne życie. Nie wyrzucam go na śmieci. Ich życia są fundamentem mojego własnego.
Nie wyrzuca się fundamentów.
Buduje się na nich.
