Wspinam się na Gęsią Szyję, za sobą zostawiając Rusinową Polanę, stado białych jak obłoki owiec i ich bacę.
– Uważajcie – napominam – Nie tak szybko, równym tempem.

Na zewnątrz mnie czujność i uwaga. Jestem tu opiekunem na wycieczce szkolnej.
– Napij się wody – mówię – usiądź na chwilę. Może zdejmiesz tę bluzę?
Na zewnątrz.
A w środku, pod kurtką głęboko- błękitną zupełnie inna ja.
Myśl biegnie bardzo daleko wstecz. Jestem tą Rut prawie 30 lat temu, Rut na studiach. Idę właśnie na Gęsią Szyję, zostawiając za sobą Rusinową Polanę, stado owiec na hali i bacę.
Nie znam jeszcze Michała, mojego losu, przyszłosci, nie wiem co będę jeść, pić, w co się przyodziewać, czy będę szczęśliwa, co się ze mną stanie.
Serce łopoce niespokojne, głowa płonie od pytań. Jestem jak rozedrgana struna, która nie wie jeszcze jaką melodię przyjdzie jej zagrać. Nieugłaskany niepokój nigdy nie zasypia. Droga przede mną nieznana. Jak? Kiedy? Co? Z kim? Którędy?
Wszystko pamiętam.
Dziś, po tylu latach idę tą samą ścieżką, pod moimi stopami stare drewniane stopnie szlaku.
– Czy pamiętacie schody moje stopy sprzed trzydziestu lat? Czy pamiętacie moje niespokojne serce? Łopot myśli młodzieńczych? Mój niepewny krok? Zachwiania i strach?
– Uważajcie! Te kamienie są śliskie! – krzyczę za moimi podopiecznymi, którzy chwilami zrywają się do galopu jak stadko źrebiąt.
Drewniane schody uśmiechają się do mnie kwitnącymi spodeń poziomkami.

Tak, pamiętają.
Każdy musi przejść szlak podobny. Młodzieńczy skowyt pragnień i natłok pytań, lecz z czasem… oddech staje się coraz równiejszy, każdy kolejny zakręt odsłania coraz więcej, im dalej – tym więcej światła. I w końcu stajesz tam, wszystkie cienie odchodzą. Tylko ty i niebo nad tobą i jasność, zupełna jasność po co, jak, kiedy, z kim, co i dlaczego.
– Igor, nie podchodź tak blisko do krawędzi!
Jesteś na szczycie. Pokonałeś drogę, choć nie obyło się bez trudu, siniaków, zadrapań i chwil grozy.
Ale – oto jesteś.
Już zupełnie spokojny, wdzięczny za drogę i dumny z siebie, że ją przebyłeś.
– Schodzimy – zarządzam po dłuższej chwili, gdy wszyscy wchłonęli dostatecznie dużo widoku otwartego tu na oścież jak okno.

Tak Rut, teraz zejdź powoli w dolinę. Czas zacząć powrót.
Jesteś silna.
Weszłaś tu.
Bez trudu odejdziesz.

U mnie to 20 lat, inna góra… i tak, podobne myśli.
https://www.youtube.com/watch?v=55E1TGOD0wQ
I piosenka, której chętnie wtedy słuchałam nabrała nowego znaczenia.
Uściski!
Rzeczywiście Riv. Ta piosenka to jak poetyckie podsumowanie tego co napisałam. Jeszcze się tyle zdarzy… rosną nam nowe twarze do słońca:)
Czasem sobie myślę: gdybym wtedy wiedziała, że będę tak szczęśliwa, uciszyłabym skowyt serca. Ale pewnie ten młodzienczy ogień w głowie też jest po coś, więc musiał być, by zaistnialo dzisiaj.
Myślę (na własnym przykładzie), że bywamy zbyt niecierpliwi wobec młodych, niecierpliwi z miłości. Chcemy, by już, teraz, odnaleźli wszystko co piękne, ważne, by opuścił ich niepokój poszukiwań, rozterki, smutki młodości. „Daj mi to robić po swojemu” – powiedziała mi ostatnio stanowczo młodsza córka, gdy wyskoczyłam z jakimś usprawnieniem (akurat w dość błahej kwestii, edukacyjnej). Czasem to dla mnie takie trudne…
bo zyczymy im jak najlepiej i chcemy, by nie musieli przechodzic tak trudnej drogi jak my sami. Ale kto powiedział, że trudne drogi są złe. Jezus nawet mówił, że to właśnie trudne, wąskie i kamieniste są lepszym wyborem:)
Chciałabym tylko żeby wiedzieli: to minie, wszystko da się przejść, a zakrętem jest cudowne nowe i nieznane. Wystarczy zawierzyć się Bogu, On poprowadzi. Teraz już to wiem.
Droga powrotna może być tak piękna:) Plecak już tak nie ciąży. W sercu satysfakcja ze zdobytego szczytu, mnóstwo wspomnień w głowie, można częściej odpoczywać, a w perspektywie jeszcze więcej odpoczynku:)
Tak, doceniam tę drogę coraz bardziej, z każdym uplywającym dniem. Zbliżam się coraz bardziej do celu, aż jak bila wpadnę na zawsze do łuzy.
Tak 🙂