* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

* * *
Dziś jest wyjątkowy dzień.
I otrzymałam wyjątkowy wiersz.
Od Alicji.
Posłuchajcie.
Prostota i głębia jednocześnie, bo przecież Ta, o której mówi jest właśnie taka – pełna prostoty i błękitnej jak ocean głębi.

Pani
Pobłażliwy uśmiech Bernadetty,
przeczący ruch głowy.
„Nie tak, całkiem nie tak”.
Nie tak wygląda Pani.
Subtelny smak artysty
i kararyjski marmur
nie mają tu nic do rzeczy.
Lepiej zajrzeć w oczy Bernadetty.
W nich bardziej widać Panią niż w tej rzeźbie.
To nie wina Fabicha.
Wykonał pracę najlepiej jak mógł.
Zresztą, żaden rzeźbiarz
nie znalazłby uznania
u tej, która widziała.
Bo przecież widziała:
piękno i czystość istnieją.
Teraz już nie widzi,
teraz tylko czeka.
Nieważne jak długo.
Żegna się, odchodzi.
Odwraca się plecami
od rzeźby, od Fabicha.
Bo piękno i czystość istnieją
naprawdę. „Całkiem nie tak”.
8 grudnia 2021
Cały pokój wypełniony jest różanym aromatem. Aż po brzegi. Zapach wylewa się na korytarz i wędruje z sypialni w głąb domu.
To różowa świeca, którą zawsze podczas modlitwy zapalam przed figurką Maryi. Tą samą figurą, którą trzy lata temu moja mama przywiozła nam z Jasnej Góry. Jest na tyle duża, że w autokarze w drodze powrotnej jechała przypięta pasami na fotelu żeby się nie rozbiła przy nagłym hamowaniu 🙂 Moja mama miewa niesamowite pomysły;)
Teraz Maryja stoi na białym parapecie okna, zwrócona tak, że zawsze gdy czytam, modlę się, zasypiam jesteśmy twarzą w twarz.

* * *
I oto ona patrzy, a ja klepię w czarne klawisze laptopa, przepisując własne koślawe notatki z notesu o złoconych brzegach kartek.
Piszę od nowa „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP”. Ta myśl przyszła nagle w listopadzie zeszłego roku. Jeszcze się broniłam, bo…
– Nie znam francuskiego, a chyba nie jest praktykowane liftingowanie przekładów jak się uwspółcześnia rysy samochodów.
– To nie ma znaczenia – szepnęło coś w głowie – Poproś św. Ludwika o pomoc i pisz.
Więc otworzyłam traktat, który tak mnie urzekł w 2014 roku. Od tamtego czasu zaczęła się jakby nowa epoka w moim życiu.
Wtedy też był listopad. Pamiętam. Wyszłam z księgarni i stałam na środku chodnika wypełnionego ulicznym gwarem, spijając każde słowo z łapczywością człowieka umierającego na pustyni, który odnalazł zdrój wody. Jeśli w moim życiu zdarzały się objawienia, to było jedno z nich.

Pewnego dnia, zanim umarła, Ewa powiedziała:
– Rut, to trzeba napisać od nowa, to jest piękne, ale ludzi odstrasza ten język. Powinnaś to napisać od nowa.
– Ja? – zdumiałam się.
Potem o tym zapomniałam. O tych jej słowach.
Ale nasze zapomnienia są równie zawodne jak nasza pamięć. Słowa i obrazy wracają jak flesze z przeszłości w ułamku sekundy, we śnie, na jawie. Niezapraszane.
Słowa Ewy wróciły.
Więc piszę.
Czy podołam? Nie wiem.
I po co? Też nie wiem.
Wiem, że muszę to napisać.
Są wezwania, o których wiesz tylko, że jesteś wybrany, by je podjąć. I nic więcej. Na żadne twoje pytanie nie uzyskasz odpowiedzi.
Bo nie jesteś na nią gotowy?
Bo jest ci niepotrzebna?
Bo i tak nie zrozumiesz?
Bo glina nie pyta o nic garncarza?
Różany zapach wplątuje się w myśli, opada lekko jak płatki kwiatów na moje palce stukające w klawiaturę.
Piszę.

Nie ma znaczenia, że trafi to potem do szuflady. Dzieło Ludwika tęchło w skrzyni na strychu cały wiek. Wiedział, że tak będzie. A jednak pisał.
Jeśli robisz coś z miłości, nie zaszkodzi temu ani czas, ani ludzie, mól i rdza nie zeżre, ogień i woda będą bezradne.
Nasze zadanie to podejmować wszystko z miłości i nie martwić się co potem.
Jak róże wydają swój słodki zapach, nie pytając gdzie dotrze unoszony na falach wiatru.
Naciskam ciężką klamkę. Poddaje się dopiero, gdy przyłożę do niej cały ciężar mego ciała. Szczęka zamek i wchodzimy.
Półmrok kościoła.
Za drzwiami otacza nas cisza i zupełny brak ludzi.
– Nikogo jeszcze nie ma – szepczę do Laurki i klękamy pod ścianą.
Córeczka patrzy urzeczona na olbrzymią przestrzeń tak zwykle wypełnioną ciżbą ludzką, a teraz – bez ludzi – wyolbrzymiałą w majestacie i ciszy.
Postanawia przejść się i popatrzeć na to wnętrze jakby nowymi oczyma. Zadziera głowę do góry, przesuwa wzrokiem po złotych ornamentach, idzie arkadą kolumn… W kierunku małych złotych drzwiczek w głębi prezbiterium.
* * *
– Już teraz wiem – mówi, gdy wychodzimy już po mszy i nabożeństwie w zimową noc świecącą lodem pod stopami – jak czuje się Jezus, gdy jest tam zupełnie sam, bez nikogo.
– A On przez większość dnia jest tam sam – dopowiadam.
– Tak – mówi smutno.

Z takich, właśnie z takich drgnień serca rodzi się miłość do Niego. A miłość jest już czymś więcej niż wiara.
Bo wierzyć w Niego to za mało.
Nawet szatani wierzą w Niego, lecz Go nie kochają.
A Jego trzeba kochać.
Czasem – zajęta różnymi sprawami – na długo zapomnę, by podkładać do pieca. I, gdy nagle przypomnę sobie o tym…
… ta chwila, ta sekunda tuż przed uchyleniem drzwiczek pieca, ta szalona nadzieja, że nie wygasło do końca, że nie jest jeszcze za późno, że tli się na dnie trochę żaru, z którego umiejętnie wykrzeszę nowy ogień.
Dla każdego z nas to będzie inna metafora. Jedni pomyślą teraz o swoim małżeństwie, o przyjaźniach, ludziach kiedyś bliskich, o swoim zdrowiu, firmie, niezrealizowanych marzeniach, pasjach gdzieś zgubionych…

Ja myślę o spowiedzi.
Gdy staję kratek konfesjonału cała wypalona, zwęglona, pusta… Ta chwila, gdy myślę panicznie : czy jeszcze jest szansa? czy nie wygasłam do końca? Gdy szukam w popiele ostatniej iskry.
Na wprost konfesjonału rozpostarte na krzyżu ciało, głowa opadła na prawe ramię jak we śnie, przebity bok…
On…
Zawsze rozdmuchuje ogień na nowo.
Dla Niego…
Nie ma słów: „za późno”.
Czyni wszystko nowe z jednej iskry żalu.
Z jednej mojej łzy zakrzepłej pod powieką wylewa strumień swych zmiłowań.
– Miej ufność – mówi cicho staruszek ksiądz.

Ta ulga, gdy zamykam ciężkie drzwiczki pieca,
gdy zamykam za sobą dębowe drzwi konfesjonału, a ogień huczy, tańczy, śpiewa.
Życie sobie płynie i przynosi kolejne rzeczy, a odbiera te, które są już niepotrzebne lub zawadzają w drodze.
Ja – jak to ja – widzę ostro to wszystko, co dostaję, a nieco przymrużam oczy, gdy coś tracę. A z upływającym czasem zaczynam dostrzegać, że odebranie czegoś to też rodzaj daru.
Więc gdy kładę się na poduszkę po każdym bujnym dniu, w mojej głowie jak dzikie pnącza rosną modlitwy dziękczynienia i uwielbienia dla Tego, Który jest Dawcą wszystkiego we wszystkim. Oplatają moje myśli jak gałązki dzikiego wina i tak zasypiam cała opleciona. Nad ranem. Bo jestem nocnym markiem i zasypianie nie jest moją mocną stroną;)
Ale bezsenność też jest darem.

Ostatnio upatrzyłam w szmateksie ( w zasadzie głównie w tego typu sklepach ubieram i siebie i cała moją rodzinkę i nawet nasz dom; nie dlatego, że nas nie stać na drogie markowe sklepy, lecz dlatego, że szkoda naprawdę pieniędzy skoro piękne, oryginalne i solidne rzeczy można kupić za parę złotych) duży ciepły bladoróżowy szalik w kratkę. Spodobał mi się. Miał to coś, co od razu dostrzegam w przedmiotach, gdy na nie spojrzę. No ale tego właśnie dnia kosztował 8 zł. Trochę za drogo jak na szalik;)
Zostawiłam więc go i poszłam dalej. Ale oto wczoraj znów zajrzałam do sklepu, a w środy naprawdę warto, bo wszystko jest po 1zł 50 groszy. Wszystko: buty, torebki, płaszcze, kożuchy, pościel, koce, suknie…
I oto różowy szaliczek leżał i czekał na mnie w powabnej pozie.

„Skoro czekałeś, to cię wezmę” – pomyślałam i wrzuciłam do koszyka. Razem z małym słodkim kocykiem w babeczki.
„Kocyk dla przyszłej wnusi – postanowiłam – bo napewno kiedyś będę miała wnusię”.
A ksiądz właśnie na kazaniu mówił żeby myśleć perspektywicznie, z wyprzedzeniem parę lat do przodu:) Uśmiechnęłam się w duchu, bo różnie to jest z tym naszym planowaniem. No, ale ksiądz jeszcze młodziutki, ma prawo nie wiedzieć;)
I tak oto szaliczek uprany leży na łóżku, a kocyk pachnący świeżością powędrował do nowego pudełka w garderobie. Pudełko dziś właśnie zainaugurowało jako „Pudełko z rzeczami dla wnusiów”.
– Mamo, jesteś szalona – zaśmiała się Laurka, dotykając miękkiego kocyka na dnie tekturowego pudełka.
– No jestem, zawsze byłam, przecież wiesz – przyznałam się bez bicia.

I tak sobie myślę, patrząc na ten szalik i kocyk: są rzeczy, zdarzenia i miejsca, które po prostu na nas czekają cierpliwie, a my czekamy na nie. Zwykle jesteśmy mniej cierpliwi niż one, ale w końcu drogi się przecinają. I oto niespodziewanie mamy rodzinę, dom, dzieci, wnuki, talent do malowania obrazów, kocyk, filiżankę na kawę… I wszystko za darmo.
Trzeba tylko poczekać, a gdy przychodzi – przyjąć. Nie przegapić, nie wzbraniać się, nie unosić fałszywą skromnością.
Przyjąć.
I być wdzięcznym.
Otulać swoje życie wdzięcznością.
Bo nic nie musiało się zdarzyć, a zdarzyło się tak wiele, bo nic nie musiało przyjść, a oto jest, bo na nic nie zasłużyliśmy, a zostaliśmy obsypani złotem aż po czubek głowy.