kosmos

 

Zdjęcie z ogrodu…



i gdy biorę pędzle i akwarelki…

Ten sam kwiat kosmosu i dwa portrety.

Jestem autorem obu wizerunków, ale nie jestem autorem kwiatu. 

Mogłabym go jeszcze opisać paroma barwnymi zdaniami, ale to nic nie zmieni.

Mogłabym go zasuszyć, ale prawda o nim wypłowieje i zwiędnie.

Widzę tylko kawałeczki, potem oddaję tylko część tego, co widzę. Na koniec zostaje kropla prawdy o rzeczy. Kropla z domieszkami mnie samej, więc nie czysta prawda.

Zbliżać się całe życie uparcie i pokornie do stwierdzenia, że nic nie widzę, nic nie słyszę i nic nie wiem.

Nie jestem miarą rzeczy. 

Mogę próbować schwytać jak się chwyta migotliwe cienie na ścianie.

I drobny kwiatek kosmosu drżący na łodyżce i wielki kosmos nade mną z równą łatwością wyślizgują się mojemu poznaniu.

Kosmos, który noszę w sobie jest dla mnie nieprzenikniony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

śmiech to zdrowie

 

– Ja ci tu mamo ustawię równiutko kapcioszki żebyś od razu miała, jak wstaniesz rano – sapie Lalcia gdzieś zza burty wielkiego łóżka.
A na nim, w blasku lampki nocnej mama, pod wieczór zwiędnięta jak ten koperek na straganie u Brzechwy, leży:)
Wieczorami ataki wirusa wzmagają się. Rośnie temperatura, głowa pęka, słabnie ciało, kości strzelają przy każdym ruchu.
Ale rodzinka ma nieco inne geny i gwiżdże na to – leżą więc pokotem obok chorej, oddychają tym samym morowym powietrzem, piją z tego samego kubka i nadstawiają się do wieczornych całusków.
– Jak się miałam zarazić, to i tak się już zaraziłam – rzuca argumentem najstarsza córka, gdy słabnącym głosem apeluję do zdrowego rozsądku: ” Nie przytulaj się”.
Tak naprawdę są mega odporni na wdzięki covida. Albo wcale go nie łapią, albo krótko, szybko i po strachu:)
Tylko ja staczam boje o ostatnie barykady jak polscy powstańcy.
Taki los, takie geny.
I co tu pomoże szczepionka? Tyle co kosa kosynierowi;)

– Dobrze, że przyjechalaś w ten weekend – mówię do Ali – Bo za tydzień byłoby już za późno.
– Ale ja za tydzień też przyjeżdżam – wchodzi mi w słowo córka – Na urodziny kolegi.
Śmieje się.
Robię urażoną minę:
– Uważam, że pogrzeb matki będzie dla ciebie ważniejszy niż jakieś urodziny jakiegoś kolegi:)
Alutka wybucha śmiechem. I – o zgrozo – przytula się.
– Mamutku – mówi czule.
– Może jest jeszcze druga taka urna świnka* jak widziałam ostatnio na pogrzebie wujka – rozmarzam się.
– Ooo, widzisz!!! Byłoby ładnie – ekscytuje się rozmówczyni.
– Może byłaby różowa? – mówię z nadzieją.
– Jutro z tatusiem sprawdzimy na mieście – szybko i rzeczowo odpowiada córka.
– A może by ta nasza skarbonka się nadała? Może się zmieszczę – podsuwam inny pomysł – I byłoby taniej.
– Tak, tak, tylko dziurę zakleimy.
– Żeby mnie wiatr nie wywiał.

* * *

I tak sobie żartujemy na tematy śmiertelnie poważne:)
Śmiejemy się, bo śmiech to zdrowie. A jak to mówią zawsze i wszędzie wszystkim solenizantom i jubilatom: ” Zdrowie jest najważniejsze. Jak będzie zdrowie, będzie wszystko.”
Nieodmiennie śmieszy mnie ta sentencja.
A śmiech to zdrowie…
et cetera, et cetera…

Więc może w końcu się wykaraskam.
Kapcioszki czekają w pogotowiu.



* Naprawdę coś takiego ujrzałam i osłupiałam z wrażenia. Urna zanurzona w bujnym kwieciu różanym łudząco przypominała pękatą białą świnkę z zadartym ryjkiem. Pewnie zamysł autora był inny, bardziej stateczny i godny, ale wyszło jak wyszło:) Chyba, że ja już mam tak dużą wadę wzroku. To też być może.
Mam swoje lata;)

 

 

życiodajność ciszy

 

Potrzebuję dużo ciszy, by żyć i rozwijać się normalnie, dlatego nie przerażają mnie takie chwile, godziny, ćwiartki czy połówki dni, gdy zostaję sama.

Przyjmuję je z rozkoszą. Jak głębszy oddech.


Dwoje starszych dzieci wyjechało na studia, młodsze dziewczynki w szkole, mąż ciągle coś załatwia, jeździ, pracuje. Raz po raz wpada do domu, na obiad, na kawę, chwilę pobyć razem. I biegnie, bo znów dzwonią telefony, ma umówione spotkania, montaże.


A ja wciąż mam swój życiowy przystanek. Jeszcze parę miesięcy.
Błogosławiony dzień, gdy się nań zdecydowałam. Błogosławione niedomagania, które mnie doń zmusiły:)

Bywa, że nasza słabość uczy nas mądrości. Bardzo często bywa.

 


Nie jest to czas bezczynny ani bezowocny. Wręcz przeciwnie. Pełen sensu, harmonijny, nabrzmiały od zdarzeń.

*  *  *


Potrzebuję milczenia, by nauczyć się mówić. Ciszy, by nauczyć się słyszeć. I by wypuścić pędy myśli.
Dlatego unikam towarzystwa, o którym wiem, że będzie zgiełkliwie. Dlatego raz po raz odchodzę od rozmów ciągnących się długo w noc.
Nuży mnie nadmiar słów, zwłaszcza jeśli dotyczą tylko tego świata.
– To nie ma wielkiego znaczenia – słyszę raz po raz w głębi serca trzeźwiące jak woda źródlana słowa. Przebijają się przez hałas jak źródełko przebija najtwardszą skałę.


Najgłębsza prawda jest taka, że lubię być sama, gdyż wiem, że nigdy sama nie jestem:)
Wtedy, w ciszy rzeka modlitwy płynie najspokojniej połyskując w słońcu łuską słów powiedzianych i usłyszanych, lub – jeśli akurat czas twardy – cicho przemyka pod krą cierpienia liżąc rany.

Tylko w ciszy to możliwe.
Tylko sam na Sam.

Moje godziny, ćwiartki i połówki dni zanurzone jak kwiaty łodyżkami w potoku ciszy. Takie teraz są.


To nieprawda, że tak żyją tylko zakonnicy:)

 

zwykła herbatka

 

– Mamo, napiłam się tej twojej herbatki co resztka została w kubku i … jest pyszna!!! – przyznaje się Lalcia – Z czego ją zrobiłaś?
– Z herbaty – odpowiadam ze śmiechem.
– Ale której? – prosi o precyzję dziecko i słusznie, bo mamy całą szafkę herbat wszelakich: owocowych, ziołowych, sypanych, w saszetkach, perfumowanych i nie, czerwonych, a nawet zieloną dla gości.
– Ze zwykłej herbaty, najzwyklejszej, tej z drewnianego pudełeczka – tłumaczę.
– Ze zwykłej? – dziwi się dziecko.

Więc żeby jej udowodnić, robię cały kubek czarnej herbaty z cukrem i plasterkiem cytryny.
– Taka? – pytam podstawiając dziecku pod dziobek.

– Uhmmm – mruczy z rozkoszą popijając łyczek.
– Jutro biorę taką w termos do szkoły – oświadcza i szykuje niebieski termosik:)



Często niezwykłe powstaje z zupełnie zwykłego. Wystarczy odrobina pracy i serca.
A my latami szukamy na półkach życia niezwykłości.

Ze zwykłych dni powstają niezwykłe życia. Wystarczy popatrzeć na naszych braci – świętych.

 

* Kubeczek na zdjęciu dostałam niedawno od Łyżeczki. Jest z Giszowca.  Kubek. Bo Łyżeczka nie:)

 

radość jesieni

 

Świat wokół coraz bardziej złocieje. Jakby co noc ktoś brał pędzel do ręki i malował złotą farbą liście, trawy, pejzaże. Dokładnie, z pietyzmem starych mistrzów.
Nieopisane piękno odsłania kotara każdego poranka, słońce ślizga się potokami i ścieka strumyczkami jak po miedzianych dachach kościołów. Wiatr czochra włosy brzozom i za każdym razem wytrzepuje nową falę złotych liści. Złoty brzozowy deszcz zacina w szyby, wysypuje się z pełnych rynien, wiruje serpentynami zanim spocznie na ziemi.
Radość dojrzałości.



* * *

Ostatnie kulki winogronu znajduję w gęstwinie. Długo muszę przeczesywać palcami liście i błądzić wśród pędów, nim znajdę parę soczystych owoców.


Niemal wszystkie grona zerwaliśmy wraz ze znajomymi tydzień temu. Czas już był najwyższy, nabrzmiały sokiem pod ciemną skórką. Potem odarliśmy owoce z szypułek i śmiejąc się jak dzieci, zgnietliśmy rękami. Na koniec pachnącą miazgę władowaliśmy do gąsiora. Ręce mieliśmy na oślep skrwawione ich sokiem – jak pisał soczyście Leśmian w jednym z erotyków ( tam pisał o malinach:)
Teraz szklany gąsiorek wypełniony smakiem jesieni bulgocze i stęka zaaferowany produkcją gronowego wina.
Pierwszy raz robimy wino.
Radość dojrzałości.

* * *

Siedzę na niebieskim leżaku, a obok mnie siedzi biedronka. Wylądowała tu nagle jak mały samolot i kokosi się. Jest obłędnie czerwona na tle niemal chabrowej tkaniny.
Czytam „On i ja” Gabrieli. Po raz… nie wiem który. I podkreślam to, co najczulsze i najpiękniejsze obłędnie fluorescencyjnym zielonym markerem.


Siedzę „naubierana jak Haman” – jakby powiedziała moja mama. Na szyi kwiecista apaszka, za duża bluza męża, na nogach włochate skarpety w biało- czarne paski i kroksy, a na głowie czapka w kropki. To pewnie z racji tej czapki przysiadła się biedronka:)


Korzystam z ostatnich promieni jesieni, ale jestem chora, więc ubrań nigdy dość.
Chyba po raz drugi i to mimo zaszczepienia przechodzę covida. W każdym bądź razie mam klasyczne objawy. Nie jest tak ciężko jak rok temu, ale sił brakuje raz po raz.


Ale to nic.

Robię wszystko powolutku, odpoczywając co chwila. Zbiorę pranie – poleżę, obiorę ziemniaki – poleżę, przesadzę kwiatka i znów poleżę. Dziś posprzątałam jeden pokój, Z wieloma przystankami.

A na takich przystankach tyle atrakcji czeka: można odmówić różaniec, pomarzyć, poczytać coś, popisać z synem studentem na komunikatorze, porozmawiać z Aniołem Stróżem, wysłać komuś zdjęcie, zaplanować obiad, obejrzeć nowy przepis na Yt, albo pospać jak już zupełnie sił brak.

Można też pisać na blogu.
Właśnie piszę teraz z takiego przystanku:)


Przystanki są fajne. I potrzebne. Uczą zatrzymywać się. Uczą czekania i uważności. Uczą pokory. A rzadko o tym pamiętamy, gdy siły i zdrowie dopisują.

Wiele czasu musi minąć nim docenimy przystanki. Czasem nawet pół wieku:)

Radość dojrzałości.