zażyłość

Późnomajowe późne popołudnie.

Siedzimy wszyscy wokół naszego olbrzymiego stołu kuchennego. My – trzy siostry rodzone: Rut, Lena i Kora i mój mąż. Dookoła nas jak satelity krążą młodsze dzieci. Kora co prawda ich nie ma, ale my dwie z powodzeniem nadrabiamy ilością naszego potomstwa. Starsze dzieci, dorosłe siedzą z nami przywilejem starszeństwa. I są dokładnie tak samo niepoważne jak my. Nad dębowym blatem stołu raz po raz wybucha śmiech różnobarwny, głosy mieszają się jasnymi smugami, śmigają uśmiechy jak jaskółki, żarty i gagi słowne przemykają od jednej osoby do drugiej.

Omawiany z wrodzonym nam poczuciem humoru wydarzenia bieżące i wyimaginowane. Trochę się tego nazbierało – sprawek nieomówionych na skutek izolacji. Nawet dolegliwości, które mi ostatnio uporczywie towarzyszą potraktowane odpowiednią dozą ironii, stają się strawniejsze i szybko usuwają się na drugi plan.
Bo oto na stół, wraz z dwoma tabliczkami czekolady, herbatą i starym albumem na zdjęcia, wjeżdża lokomotywa ze wspomnieniami z dzieciństwa.

Historyjek jest miliony, a każda zapamiętana w trzech odmiennych wersjach. Każda z sióstr coś dorzuca do wątku i przekonuje zebranych, że jej wspomnienie jest najbardziej prawdziwe.
Więc jest – bo musi być koniecznie- historyjka o Maxie i jajkach na twardo, o nocnym polowaniu na komary w baraku na wakacjach u dziadków, o niedopinającym się na brzuchu małej pucułowatej wtedy Kory sweterku, o kulisach zrobienia najśmieszniejszego zdjęcia rodzinnego z okazji Komunii Leny, o wakacyjnej akcji wykradania wody ze studni, gdy nasza babcia stwierdziła, że codzienne mycie się to przesada…
Potem tropimy na swoich twarzach rodzinne podobieństwa i stałe miny w repertuarze grymasów. Wykrzywiamy się i robimy podkówki z ust, które dostałyśmy w spadku po Babci Niebieskiej.
Za chwilę – jakby zwabiona jakąś magiczną siłą, dzwoni z drugiego krańca Polski Amelia. Biegam po całym domu szukając zasięgu, a moje siostry zrywają boki.
Za chwilę dzwoni Max ornitolog z trzeciego końca. Kora więc nie omieszka opowiedzieć jak ostatnio ona i Leon tak plumkali mu na Messengerze, że się wściekł. Bo właśnie był w tzw. „krzakach” ( główne miejsce bytowania Maxa:) i wabił ptaki, puszczając im głosy z głośnika. A rozgłośne plumkanie rodzeństwa sprawiło, że łowy się nie udały:)

Bujny gąszcz śmiechu i głosów bujnieje z każdą chwilą jak dżungla po deszczu. A deszcz jak na zamówienie raz po raz szemrze za oknem, nic zupełnie nie robiąc sobie z tego, że słońce świeci, a dzieciarnia młodsza poszła na spacer do lasu i na pola.
– Będzie tęcza!!! – krzyczy Kora – Musi być.
– Ona tu zawsze się chowa za lasem – studzę jej zapędy, bo właśnie się zrywa do robienia zdjęć.
– O, maznęłam – przyznaje się z rozpędu. Bawiła się długopisem i na obrusie w kwiatki została czarna kreska.
– Ożesz ty!!! – wykrzykuję w udawanym gniewie – Mój piękny obrus!!!
– No co? To wygląda jak łodyżka kwiatka. Nikt nie pozna. – tłumaczy najmłodsza z sióstr.
– Ja ci dam łodyżkę!!! – sierdzę się dalej na niby.
– Ciekawe co się stało z tym, który zrobił tę dziurę ? – zastanawia się głośna Lena, wskazując palcem wypaloną w obrusie dziurę z naszytym na nią czerwonym kwiatkiem.

Wszyscy wybuchają śmiechem.
Śmiech odbija się od ścian, przemyka pod sufitem i spada prosto do kubków z herbatą, dosładzając ją lepiej niż cukier.
Nad nami, wokół nas i pomiędzy przepływają kolejne piosenki z lat młodości naszej mamy, które Kora wyszperuje z głębi YT.
Jaskółka, Biały krzyż, Kochać jak to łatwo powiedzieć, przeboje Sławy Przybylskiej, Czerwonych gitar, Niemena, Santor…
A całość spowija mruczenie Franka Sinatry, którego płytę Ala wrzuciła do wieży.
Dzieciarnia przybiega zdyszana i duszkiem wypija kompot, a potem przez chwilę zawisa nad stołem i stertką wytartych zdjęć sepi. Znają je na pamięć, ale co szkodzi zerknąć jeszcze raz:)

Rodzina.
Zwyczajna niezwyczajność.
Bywa, że w pierwszych dekadach życia wyrywasz się z niej i uciekasz jak opatrzony, próbując zerwać nitki, które bolały zbyt mocno i zdawały się więzami.
Im starszy jesteś, tym bardziej rozumiesz, że nigdy nie udało ci się zerwać wszystkich nici, bo oplatają cię szczelniej niż myślisz, chronią jak kokon i dają ci życie, a to co miałeś za więzy, było więziami. I jest bezcenne.

Od jakiegoś czasu odkrywam wraz z moim licznym rodzeństwem jak jesteśmy zżyci i podobni do siebie, jakie bogactwa osiadły w nas ze spuścizny pokoleń i jak tym wszystkim możemy się dzielić. Każdy z nas jest pełen pasji i barw, jedyny w swoim rodzaju. Wiedziemy życia zgoła odmienne i tak się różnimy, że aż czasem zgrzyta, a jednocześnie – oddarci od reszty – nie możemy żyć pełnią.
Jak drzewa w lesie połączone podziemnymi arteriami grzybni, która daje im trwanie.

* * *

– Czy my jesteśmy naprawdę tak podobne? – pytam prawie retorycznie – Ludzie mówią, że spotykają mnie w mieście, a ja przecież prawie wogóle do miasta nie jeżdżę. – opowiadam – Kora!!! – wycelowuję palec w siostrę młodszą o 10 lat – To ty!!! Masz odpowiadać moim znajomym „Dzień dobry” , bo się na mnie pogniewają.
– Odpowiadam przecież, chociaż nie znam ludzi. – zarzeka się.
– Macie te same miny, gdy się zamyślicie – mówi mój mąż.
– Gdyby Kora się zamyślała, miałaby zmarszczki na czole jak ja, a nie ma. – perroruję.

I tak dalej… i tak dalej…
Rozmowa szeleści, czajnik podskakuje na
kuchence, drobny deszcz puka w okno pełne zieleni…

Późnomajowe późne popołudnie mojego życia.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na zażyłość

  1. Barbara pisze:

    Rut dziękuję za piękny wpis,bardzo mi bliski.Rodzina to siła,to wsparcie,to dar.Też mam liczne rodzeństwo/cztery siostry i trzech braci/i pomimo,że lata lecą,włosy posiwiały ciągle jesteśmy blisko,zawsze gotowi wesprzeć,pocieszyć,ale też wspólnie się cieszyć,śmiać,po prostu być.Rodzina rozrosła się już do olbrzymich rozmiarów,wszyscy mamy dzieci,niektóre z tych dzieci mają już swoje dzieci,coraz trudniej spotkać się w pełnym składzie,ale trwamy związani tym szczególnym węzłem…Pozdrawiam Cię serdecznie 🌸

  2. ruttka pisze:

    Basiu, nas jest trochę mniej. Mam tylko 3 siostry i 3 braci:)

  3. Rivulet pisze:

    Czasem niestety są więzy, a więzi nie ma. I nawet czas nic na to nie poradzi.
    Ale dobrze, że u Was jest inaczej 🙂

  4. Ama pisze:

    Zazdroszczę tylu Sióstr! Ja nie mam żadnej rodzonej. Tylko „przyszywane Siostry” : )

  5. ruttka pisze:

    przyszywane czasem bywają bliższe niż rodzone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *